Friday, 28 March 2008

Cambodia

We made the decision to visit Cambodia during our time in Bali when we found out about a possibility of doing a side-trip from Bangkok to Siem Reap to visit the famous Angkor temples. Instead of a road trip on the bus from Bangkok along the infamous road via Poipet to Siem Reap we decided to invest in a Bangkok Airways pass, which also allowed us to fly afterwards from Bangkok to Koh Samui. This has saved us all the hassle of traveling on the “scum bus”, paying for taxis and dodgy guesthouses and allowed us to avoid the infamous dirt road journey. Needless to say we were glad about that.
Cambodia is a country of extremes. On one side there is an abundance of expensive up-market hotels and resorts around Siem Reap catering for al needs of demanding western visitors. On the other hand the rest of the country is still trying to raise from the dark period of the Khmer Rouge regime, corruption is a way of life, land mine victims are on every corner of the street, healthcare is extremely sub-standard, life expectancy is 57 years and poverty is visible everywhere.
Siem Reap is actually quite a pleasant touristy town with many inexpensive good restaurants serving traditional Khmer food – Amok fish was our favorite, internet access and many good bars. Above all it is the base to explore the ancient temples of Angkor, the capital of the Khmer empire. That’s what the tourists come for.
The largest temple, Angkor Wat is the biggest religious building in the world and there are hundreds of temples that have survived to the present day. It’s easy to spend as long as a week visiting the temples, but we only had 3 days, so we decided to concentrate on the key ones and due to the distance between the temples we rented a tuk-tuk with a driver to show us around. The driver, Pilo, was very helpful and friendly, but unfortunately his English was limited.


On the first day we did the small circuit, covering the most important temples. On the second day we followed the big circuit, getting to some of the more remote places, including Banteai Srei. On our final day we took a side trip to see the Rolous group of temples and stopped at a local handicraft center and the land mines museum.


Below you can see some of our favorite temples:

Angkor Wat – the mother of all temples and the largest religious building in the world, measuring 1.3km by 1.5km. It was built in the 11th century to honor the Hindu god Vishnu. Located at the center of the temple and rising to 55 meters tower represents Mount Meru, the Hindu house of gods.




Bayon – the strangest of the Angkor temples, located in the center of the Angkor Thom city. Built at the beginning of the 12th century by the Angkor greatest king, Jayavarman VII. The most striking features are the unique 54 gothic towers decorated with 216 coldly smiling faces of Avalokiteshvara.




Ta Prohm – the most atmospheric ruin of Angkor, the temple is swallowed by the jungle and has been largely left as it was originally discovered by the European explorers. This is the location of the original Tomb Raider movie.




Banteay Srei – a jewel in the crown of the Angkorian art. One of the smallest temples, but beautifully preserved with many detailed three-dimensional carvings. The temple was built in the 10th century and is dedicated to the Hindu god Shiva and includes some of the finest stone carvings in the world.




After seeing the ancient architecture in Athens and Rome there are few other archeological sites that can really impress us but Angkor definitely turned out to be absolutely stunning. One could easily spend a week exploring the temples and still not be able to see all of them in detail. No picture can truly represent the magnitude of any of the temples. Unfortunately our time was limited and we’ve been able to see the main temples, but little else of Cambodia. It seems like a fascinating country and we hope we will have a chance to return in future.

Tuesday, 25 March 2008

Angkor - Cambodia (Polski)

Cambodia to 14mln mieszkancow, srednia dlugosc zycia to 57, 30% analfabetyzm. Riel jest oficialna waluta ale nikt jej tu nie uzywa – wszystkie ceny sa w USD (1USD = 4,000 riel) ale uzywaja tylko USD banknoty czyli jak trzeba placic $1.50 i sie da $2 to reszta jest 2,000 riel.

Troche nieplanowany przyjazd ale po namowach Sieniawy (Mariuszka kolega z Bali) nie moglismy sie oprzec i nie zajechac zobaczyc Angkor ruin – najwieksze ruiny w Azji z IX do XV wieku. Baza do zwiedzania jest Siem Reap – 400km od Bangkoku, 50min samolotem a z przejazdem naziemnym to jak sie trafi (nasluchalismy sie tyle negatywnych historii wiec polecielismy samolotem).

Po przlocie do Siem Reap jadac do naszego hotelu patrzelismy zdumieni i sie zastanawialismy gdziesmy to wyladowali – oczekiwalismy zobaczyc biedny kraj a widzimy mnostwo wystawnych hoteli i restauracji i cale stada turystow tzw. turystyczna pulapka. Nastepnego dnia zrozumielismy czemu tu tyle turystow – ruiny robia wrazenia, sa wielkie wiec nie odczuwa sie tych tlumow tak jak w miescie.
Najlepsza forma zwiedzania jest tuk-tukiem – wynajem kosztuje $12 na dzien. My przez 3 dni jezdzilismy z tym samym kierowca tuk-tuka Pilo, byl bardzo mily, mowil troche po angielsku i byl bardzo usluzny (jak nas tylko wypatrzyl w tlumie to zaraz podjezdzal) ale dziwne to bylo dla nas uczucie miec kogos do uslugiwania – stwierdzilismy, ze podrozujac publicznym transportem znacznie lepiej sie czujemy.
Swiatynie Angkor (Ang = krol, kor=miasto) to stolica starozytnej Khmer imperium (obecnie Kambodza), jedno z najpotezniejszych azjatyckich mocarstw przez prawie 600 lat (802 do 1492). Do XII wieku Hinduizm byl panujaca religia, potem przyjeto Buddyzm. Do dzis przetrwaly tylko swiatynie gdyz swieckie budowle byly budowane z drewna (budowle ceglane, kamienne byly zarezerwowane tylko dla bogow). Angor dla Kambodzian, starajacych sie otrzasnac z wojny domowej i wojny z Vietnamem, to zrodlo dumy narodowej i sa wszedzie: na piwie, papierosach, nazwach hoteli/restauracji, reklamach.

Zwiedzanie ruin zajelo nam 3 dni (po 8-9 godz dziennie). Ponizej zalaczamy krotki opis swiatyn, ktore wywarly na nas najwieksze wrazenie:

Bayon – swiatynia stojace w samym centrum Agkor Thom (opis ponizej) i nasz faworyt. 54 wieze udekorowane 216 zimno usmiechnietymi twarzami (4 twarze na wieze: pln, pld, wsch, zach). Symbolizm i dokladna funkcja tej swiatyni jest nie znana – niektorzy naukowcy twierdza, ze w tym okresie Kambodja miala 54 prowincje i kazda wieza symbolizuje nadzor nad prowincja. Z daleka Bayon nie jest az tak imponujacy jak Angkor Wat (przypomina troche gure gruzu) ale jak sie wejdzie na gore to naprawde jest dech zapierajacy – te wszystkie twarze patrzace sie na nas. Bayon ma 3 poziomy: 1 pozion = duzy kwadrat zdobiony scenami religijnymi, 2 pozion = mniejszy kwadrat zdobiony scenami religijnymi, 3 pozion = okragly gdzie znajduja sie wszystkie wieze.



Angkor Thom (wspaniale miasto) – 3km x 3km otoczone 100m fosa, wktorej mieszkaly kiedys krokodyle; wejscie przez wspaniala poludniowa brame (4 twarze zwrocone kazda w inna strone, balustrada mostu z lewej to linia 54 bogow, z prawej 54 demonow.


Angkor Wat – (XII wiek – krolewskie miasto), dech zapierajaca najwieksza (mury zewnetrzne: 1025m x 800km) budowla, najlepiej zachowana. Skierowana ku zachodowi (kierunek smierci w hinduizmie) a kierunek zwiedzania jest przeciwny do ruchu wskazowek zegara (zgodne z rytuaem pogrzebowym w hinduizmie) dlatego uwaza sie ze byla to swiatynia i mausoleum. W centrum swiatyni jest 55m wieza, majaca reprezentowac gore Meru (dom bogow w hinduizmie) – wejscie jest strome (schody sa bardzo wysokie i niesamowicie waskie, brak balustrad) ale dojscie do krolewstwa bogow nie jest latwe. Sciany sa bogato zdobione scenami z hindu i historii.





Ta Prohm (XII wiek – klasztor krolewski) – swiatynia z najwieksza atmosfera. W przeciwienstwie do innych swiatyn Ta Prohm bylo pochloniete przez jungle i do tej pory wyglada pododnie jak w czasach gdy podroznicy po raz pierwszy ja odkryli (jungla zostala przezedzona, zastaly tylko najwieksze drzewa). Swiatynia sklada sie z wiez i waskich korytarzy (wiele nieprzechodnych teraz gdyz zawalone sa gruzami). Stuletnie drzewa porastaja ruiny – konary tworza parasol przepuszczajacy tylko czesciowo slonce a korzenie przeplataja sie z ruinami. Tych co lubia holiwodzkie filmy - Tom Rider byl krecony tutaj.




Banteay Srei (X albo XII wiek - cytadela kobiet) – zwany klejnotem angkorianskiej sztuki. Swiatynia hinduska poswiecona Shivie. Jest to jedna z najmniejszych swiatyn i jedyna nie krolewska swiatynia – nalezala do doradcy i nauczyciela krola. Zdobienia sa przepiekne i pokrywaja kazdy kawalek murow – kobiety z kwiatem lotusu w reku i tradycyjna zakladana spodnica, sceny z hindu. Odkryta przez francuza w 1911 roku (otoczona byla gesta jungla). W 1923 Andre Malraux usilowal ukrasc najcenniejsze statuly ze swiatyni ale zostal zlapany, potem zostal ministrem kultury Francji. Banteay Srei powstanie nie jest dokladnie znane; na X wiek wskazuja napisy na bramach ale inni twierdza, ze technika zdobien sa zbyt profesionalne na X wiek i sadza, ze powstala ona w XII wielu na ruinach inej Xwiecznej swiatynia (stad te napisy).




Zwiedzac Angor swiatynie mozna by bylo jeszcze pare dni. My posiadamy tylko limitowana wiedze o hinduizmie i buddyzmie wiec wiele zdobien na scianach nie bylo dla nas zrozumialych. Staralismy sie doksztalcic uzywajac przewodnikow ale nasze mozgi mialy klopoty z przetrawieniem takiej masy informacji w tak krotkim czasie.

Nawet nie majac podstaw historycznych, swiatynie robia niesamowite wrazenie i rzeklabym, ze wieksze niz ruiny w Rzymie i Atenach. Niestety zysk jest wazniejszy od konserwacji. Wejscie jest stosunkowo drogie (1 dzien = 20USD, 3 dni = 40 USD, 7dni = 60USD) i turystow mnostwo ale tylko 10% ze sprzedazy biletow idzie na konserwacje pozostale 15% do firmy paliwowej sprawujacej nadzor administracyjny a pozostale 75% dla ministerswa finansow, ktore nie sponsoruje zadnych renowacji.

Rybny Amok (podobny do zupy curry) to lokalna potrawa tutaj serwowana w lisciach od banana – tak nam smakowala, ze codziennie ja jedlismy na lunch i obiad.

Bylismy tylko 4 dni i to w miejcu bardzo turystycznym wiec nie mielismy okazji dobrze poznac lokalnych ludzi i obyczajow
*** Widok szpitali jest przerazajacy – jadac na wschod slonca o 5 rano pod szpitalem dzieciecym byla juz spora kolejka, gdyz przyjmowana jest tylko limitowana liczba kto pierwszy ten lepszy. Poziom obslugi medycznej jest tak niski ze nawet w przewodnikach turystycznych polecaja jechac do szpitala/lekarza w Bangkoku w razie potrzeby.
*** Mnostwo dzieci zebracych szczegolnie pod ruinami swiatyn starajace sie sprzedac pocztowki/hustki ... bieda tu taka a kraj nie zapewnia zadnej opieki socjalnej wiec rodzice wysylaja dzieci pod swiatynie zarabiac na przezycie zamiast do szkoly (dzieciom trudniej sie oprzec)
*** Z tego co widzielismy, wiekszosc domow poza miastem nie ma pradu ani gazu ani wody biezacej – korzystaja zazwyczaj ze studni a piora w rzece lub jeziorze
*** Kambodza jest na 4 miejscu na swiecie pod wzgledem ofiar od min – widac to na kazdym kroku; czesto spotyka sie osoby bez nog albo rak
*** Stacje benzynowe:

Wyjezdzamy z Kambodzy z bardzo mieszanymi uczuciami ale mamy nadzieje, ze moze jeszcze kiedys tu wrocimy i bedziemy mieli okazje poznac ten kraj z innej strony. Angkor wywarly na nas wielkie wrazenie i jest nalezy do jednych z najbardziej imponujacym miejsc jakie widzielismy podczas naszej podrozy. Niestety zdjecia nie oddaja dostojestwa, wielkosci i piekna ruin Angkor.

Monday, 17 March 2008

Laos

After waking up early we headed to the Chiang Mai bus station to catch a morning VIP bus to the Laos border crossing in Chaing Kong on the Mekong river. Upon arriving at the bus station we were told that there are no more tickets for the direct bus and were advised to take a VIP bus to Chaing Rai and then change for another bus to the boarder. The bus to Chaing Rai was actually very good and comfortable, but upon arrival it turned out that the bus to Chaing Kong is a local bus – i.e. over crowded, designed for short Asian people so no space for our European legs and generally a little bit more adventurous than we expected.

Luckily the journey was only 2 hours and we arrived alive in Chang Kong and after a short tuk-tuk (although it was probably the slowest tuk-tuk in town – I bet I could have run quicker) ride we arrived at the boarder crossing on hour before closing time (the boarder crossing only stays open till 5pm). Having paid exit fees, overtime fees (for the boarder officials for letting us cross on Saturday, being a non-standard working day) we hopped onto the boat for the Mekong River crossing.

The village on the Loa side of the boarder is called Huay Xai and finally after another ½ hour at immigration (evidently Loa people are never in a hurry, despite us paying another overtime fee) we were in Laos.
From the first look the difference between relatively richer Thailand and poorer Laos vas visible. It is as though the time has stopped in Laos about 60 years ago with very few paved roads, lack of electricity in many places and people mostly living in wooden or bamboo houses with no running water.
Nevertheless we found some decent cheap accommodation and I’ve even managed to go for a run in the evening. Evidently the locals are not very used to tourists running around in lycra shorts and singlets as I had many cheers from both old and young people along the way. The next morning we boarded a slow boat for a two day journey on the Mekong river to Luang Prabang.

The boat was actually fairly comfortable and we were glad that we haven’t opted for the uncomfortable speed boat taking one day only. We were able to take in the Mekong sites at a slow pace and had an overnight stop at the Pak Beng village. Pak Beng is considered just a necessary overnight stop in the middle of nowhere by most people, but we actually quite enjoyed the quiet village, had nice accommodation and dinner and I’ve even managed another run, again raising many eyebrows of the locals.

Finally after 2 days on the boat we arrived late in the evening in Luang Parabang located in central Laos on the shores of the Mekong river. Luang Prabang is a World Heritage listed town and a former royal capital of Laos with 32 temples. Due to the World Heritage funding the city retained it’s original typical Asian feel, mixed with the French colonial architecture.
Luang Prabang Royal Palace

Wat Xieng Thong – Luang Prabangs most magnificent temple


Wat Pa Huak – the oldest temple in Luang Prabing, currently abandoned


Lao traditional dancing

From Luang Prabang we took a VIP bus to the town of Vang Vieng. Vang Vieng is a bit of a backpackers Mecca with guesthouses on every corner and bars serving Western fair (mostly burgers, fish & chips and pizza) and each blasting various episodes of Friends on the TV throughout their opening hours. The favorite pastime of all backpckers appears to be tubing down the Nam Song river in an inflated tractor tire.
I’m not quite sure why the town is so popular with the backpackers, but we certainly found the scene a little bit distasteful (tacky, as Alex calls it!) and bought a bus ticket for the next day.

Relaxation at a Rasta bar on the river – Vang Vieng style!
Before leaving for Vientiane in the morning we’ve managed to visit the Tham Jang caves.


The “VIP” bus to Vientiane turned out to be an old min-van so we’ve arrived covered with sweat and a little bit worse for wear, so apart from a run on the local athletic track (which was great and free!) we had dinner and an early night.
The next day we started with a renewed enthusiasm and within the first few hours managed to take in most of the major sights:

The spectacular Pha That Luang stupa, which appears on the national seal

Wat Ong Teu Mahawihan

The That Dam (the Black Stupa)

The Patuxai Arch

And the President's Palace

On our last day before heading back to Bangkok on an overnight bus we took a local bus to the famous Buddha Park



Our short trip to Laos came to an end and it was time to get back to Thailand. Laos has to be one of our favorite destinations. The Loa people are generally very friendly, despite their poverty. Seeing young girls or boys waking up at 6 in the morning to open the shop or a restaurant (which is where they live as well) to earn maybe a dollar or two before happily going to school on a bicycle to return in the evening to work again till close really makes you appreciate how convenient lifestyle we have in Western Europe, yet we still complain a lot…

Laos (Polski)

Laos, 6mln ludnosci i 240 km2, otworzyl swoje granice dla turystow dopiero w 1989 roku. Kraj biedny ale ludzie sa mili i nie tak natarczywi jak Tajlandczycy. Inflacja jest dosc wysoka wiec uzywaja tu dolary amerykanskie i tajladzkie bathy a nie laoskie kipy.
Nasz plan: Luang Prabong – Vientiane a potem powrot do Bangkoku. Z pln Tajlandii do Luang Prabang dostac sie mozna:
· samolotem – dosc kosztowne i trzeba leciec laoskimi liniami
· szybka motorowka – 1 dzien ale lodka jest mala, przyjezdza sie caly mokry
· wolnymstatkiem – 2 dni po rzece Mekong z postojem Pack Beng – nasza opcja

Mekong River – przekroczenie granicy w Chiang Khong (Tajlandia) – Huay Xia (Laos) bylociekawym doswiadczeniem; granica jest otwarta od 08 to 18 i znajduje sie po dwoch stronach rzeki. Poniewaz przekraczalismy granice w sobote wiec musielismy zaplacic 10B celnikowi tajlandzkiemu i 1USD celnikowi laoskiemu za tzw nadgodziny (tzn jak sie przekracza w weekend albo po godz 16).



W niedziele rano wsiedlismy na wolny statek – 80 osob, siedzenia to male drewniane laweczki albo przy odrobinie szczescia stare siedzenia autobusowe – jak na razie szczescia nam dopisywalo i zalapalismy sie na siedzenia autobusowe (to jak leciec biznes klasa w samolocie).


To Pek Bang dotarlismy kolo 18 (po 8 godz) – malutka wioseczka, zyjaca z turystow zatrzymujacych sie w drodze z Tajlandii do Luang Prabong, pare kwater i restauracyjek. Za czesto ludzi biegajacych tu nie widac – Michal jak poszedl na przebiezke to byl dopingowany przez tutejszw dzieci jak i ludzi starszych.


W poniedzialek rano wsiedlismy na drugi statek – tym razem nie bylo luksusow, drewniane lawki, prawie 100 ludzi poupychanych jak sardynki ale po 10 godz jakos dotarlismy do Luang Prabong. Mekong rzeka – brazowawa woda, male biedne wioski czasami wzdluz brzegow starajace sie sprzedac turysta wszystko co maja – od suszonych ryb po wlasnorecznie tkane husty. Najblizszy lekarz dopiero Luang Prabong (do 10 godz statkiem) – jak jechalismy to wnosili na statek chorego mlodego chlopaka, smutny widok.


Luang Prabong – pod ochrona Unesco, bardzo sympatyczne 28tys miasteczko z 22 swiatyniami, zabudowa w stylu francuskim. Pierwszy dzien przeleniuchowalismy – jak wyszlismy z hotelu o 10.30 to recepcjonista sie smial, ze szybko wstalismy a my myslelismy, ze sie z nas nabija ale potem sie okazalo, ze wiekszosc turystow odsypialo podroz i dopiero sie pokazali po poludniu. Zamin sie rozejzelismy to dzien minal.


Nastepnego dnia bylismy znacznie bardziej zorganozowani i zaczelismy dzien od zwiedzenia

palacu krolewskiego, w ktorym teraz sie miesci narodowe museum.

Phi Si hill to see That Chomsi temple on the top of the hill


Stara swiatynia


Po takim zwiedzaniu poszlismy na Lao masaz do czerwonego krzyza – stwiedzilismy, ze tajski nam troche bardziej sie podoba
Potem do teatru, by zobaczyc sztuke


Potem obiad i spacer po markecie – ceny maja tu tak niskie, ze az sie trudno powstrzymac. Wiekszosc ludzi, zyje tu z turystow wiec male dzieci spiace pod stolami albo starajace sie cos sprzedac to czesty widok.


Tak Bat to budzenie miasta – bardzo stara tradycja, mnisi buddyjscy budza miasto o 6 rano – procesja mnichow idzie przez miasto kazdego ranka a ludzie witaja ich i daja garsc gotowanego ryzu


Vang Vieng – zwane mekka dla turystow, 160km na pln od stolicy Vientiane. Glowna atrakcja jest 4km splyw po rzece w dentce od traktoru – przy brzegu jest mnostwo restauracyjek sprzedajacych piwo z glosna muzyka. W miasteczku mnostwo hotelikow i restauracji sprzedajacych bardzo europejskie jedzenie – hamburgery, hot-dogi i pizze. Prawie kazda restauracja ma duze TV gdzie puszczaja komedia Friends – jak sie siadzie na rogu to mozna ogladac pare epizodow na raz w roznych restauracyjkach. My zadowolilismy sie spokojniejszym barem (bez tv) nad rzeka i podziwialismy zachod slonca w hamoku z butelka zimnego piwa.

Rankiem przed wyjazdem do Vientiane poszlismy ogladnac jaskinie Tham Jang.

Jazda do Vientiane byla ciekawym doswiadczeniem – VIP autobus, ktorego zdjecie nam pokazali przy kupnie biletu byl pietrowym autobusem a w rzeczywistosci okazal sie rozpadajacym mini-busem, aircon oznaczylo otwierajace sie okna, hamulce piszczaly gorskich serpentynkach wiec by sie nie stresowac probowalismy spac. Ale po 4 godz dotarlismy cali i zmeczeni do Vientiane i okazalo sie, ze autobus zatrzymal sie 300m od hotelu (co za ulga, nie trzeba kombinowac jak dojechac do hotelu, a ze przewidywalismy nie zbyt wygodna podroz wiec zarezerwowalismy hotel by nie miec dodatkowego stresu z szukaniem). Po drodze bylo widac biede tutajszych ludzi – male bambusowe chatki sprzedajace co tylko maja

Autobusy sa to bardzo pakowne – nie ma limitow ludzi wchodzacych to srodka a na dachu to sie wszystko zmiesci, nawet pare motorkow


Vientiane – stolica Laosu od XVI wieku, 280tys mieszkancow, miasto spokojne i ospale. Wiekszosc zabytkow mozna zwiedzic na piechote.

Pha ThatLuang – symbol buddyzmu i niepodleglosci; jest czescia godla laosu

Wat Si Saket – najstarsza swiatynia w Vientiane; w srodku jest ponad 2,000 malych statuetek Buddy

Wat Pha Kaew – obecnie museum, oryginalnie zbydowane jako siedziba emeraldowego Buddy, ktory potem zostal zabrany przez Tajlandczykow i obecnie jest w Grand Palace w Bangkoku


Budda Park (Xieng Khuan) – 24km na pld park z figurami z buddyzmu i hinduizmu, zbudowany przez ksiadza/szamana w 1958, ktory staral sie polaczyc te 2 religie



Laos jest znacznie biedniejszy niz Tajlandia – widac po zabudowie jak i wystroju swiatyn (nie maja az tak bogatego zdobienia i tyle zlota). Laos zrobil na nas niewatpliwie wrazenie – piekne widoki (ale gory zawsze sa przysloniete tutaj jakby mgla), ludzie biedni a tym samem mili i dumni. Przerazajace jest fakt, ze ludzie tu potrafia zarobic mniej w 1 dzien niz koszt 1 kawy w Londynie (4USD). Przydrozne restauracyjki to wlasciwie czesc domu – duzy pokoj, z przodu powystawiane stoly a z tylu w rogu TV. Dzieci czesto pracuja serwujac jedzenie – rano przed szkola, potem na rowerach do szkoly a potem do poznego wieczora. Czesto widzi sie male dziewczynki zajmujace mlodszym rodzenstwem – nie widac tego w Europie. Pobyt tutaj pokazal zycie z innej perspektywy – jak niektore nasze europejskie klopoty i narzekania sa niczym w porownaniu z tym z czym ludzie tutaj sie borykaja.

Friday, 14 March 2008

Northern Thailand

From Bangkok we took a cheap flight North to the town of Chiang Mai, saving some time on the 10 hour bus journey.

Chiang Mai is a much more relaxed place than Bangkok, although the traffic can also be very heavy. The town center is surrounded by old city walls and contains a high concentration of some of the oldest and most important Buddhist temples in Thailand. In total there are over 120 temples in Chiang Mai. On the first day we went walking around the old town and tried to see some of the most important temples, including: Wat Buparam, Wat Punotow, Wat Phra Singh and Wat Chedi Luang.




The next day we left our cozy guest house for a 3 day trekking trip to the nearby hill tribe villages. After a short mini bus ride we stopped at the elephant camp for an elephant ride. Although quite a touristy thing to do we gad a good time, as you can see from the picture below of 2 of the elephants:


In the afternoon we trekked though some very hilly, but quite picturesque terrain for about 3 hours covering about 7km.



After a stop at a waterfall for a wash and a swim we arrived at our overnight destination – a Karren Hill Tribe village.
Karen people originate from Burma and currently combined form the largest hill tribe in Thailand with a population of over 285,000 people. They live mostly from rice, vegetable and livestock production.



Our accommodation in the village was quite basic – a traditional hill tribe house with bamboo beds, no electricity and no water.


It was surprisingly comfortable though, despite the night being really cold. It was nice to be woken up in the morning by chickens, rather than an alarm clock.

For the next 2 days we trekked amongst some other Karen hill tribe villages, covering 15km the second day and another 7 in the morning of the third day, washing in the waterfalls and eating village cooked food. The last day of the trip ended with bamboo rafting on the river.

The trip was a mixed experience – it was good to see the villages and the scenery was spectacular, but it was a little bit touristy and we wished we had more time to spend at the village and more interaction with the local people.

Upon returning to Chaing Mai we celebrated the return to civilization with consuming a large number of cheap drinks at a local bar with some of the people we met on the trip.

On our last day in Chiang Mai we rented a cheap little 100cc scooter and went up the mountain to see the Bhubbing Palace



… and the Doi Suthep temple, located 16km from Chiang Mai and 1,700m above sea level.


The day ended with a session of a great traditional Thai massage at a local temple before the long journey heading to Laos the next day.

Wednesday, 12 March 2008

Bangkok

We were returning to Bangkog after 10 years so we were both anxious to see if the city has changed and if our perception of the place has changed after visiting so many other places. This time we were only stopping for 2 days hoping to return again at the end of our trip before coming back to London. The first day after a tiring trip from Bali, as unfortunately we were routed via Kuala Lumpur and Singapore and the journey instead of a few hours took almost a day, was spent organizing the rest of hour, catching up on some sleep a visit to the gym and exploring the local busy area of Sukhumvit Road.



In the evening we ventured for a Thai dinner to a roadside restaurant, but unfortunately we were not brave enough to try the local delicacy of some worms and beetles and settled for a prawn curry and some Pad Thai.

On the second day we got up early ready to take in some of the major Bangkok sights. After a short monorail ride and a boat trip on the Chao Phraya River past the magnificent Wat Arun temple


...we headed for the Grand Palace – 1 sq km ground encompasses over 100 buildings. The Wat structures are extremely colourful with orange and green roofs, mosaic encrusted pillars and rich marble pediments.


and the Wat Phra Kaew temple with emerald Buddha – 75cm tall statue, one of the most important statues of Buddha in Thailand. The Buddha has 3 wardrobes, one for each season, warm, cold and rainy that is changed by the king himself at the beginning of each season.


The Grand Palace and Wat Phra Kaew turned out to me as spectacular as we had remembered them.

After a short break for a quick drink at the local market we headed for the sight of the reclining Buddha at Wat Pho.


The Wat Pho is one of the oldest temples in Bangkok and hosts and enormous statue of a Buddha covered in gold (46m long, 15m high).

After a tiring day we relaxed with a traditional Thai massage at the Wat Pho temple.

A visit to Bangkok wouldn’t be complete without a short visit to the backpackers Mecca of the Khao San Road.


In the evening we headed for some shopping and a dinner to the Night Bazaar next to the Lumpini Boxing Stadium.

The short visit to Bangkok came to an end and the next morning it was already time to get back to the airport for a short flight to the Northern Thailand town of Chiang Mai. Bangkok hasn’t changed that much since our last visit 10 years ago and is as busy and as exciting as ever. The only difference is that it has become a bit more up market and expensive with many new hotels and big brand shops with European prices centered particularly around the Siam Square area.

Monday, 10 March 2008

Bangkok & Chiang Mai - Tajlandia (Polski)

10 lat temu bylismy juz w Tajladii (razem z Danielem) – byla to nasza pierwsza pozaeuropejska wyprawa (nie liczac Michala wyjazdow do Libi jak byl maly). Do tej pory wspominamy ten wyjazd bardzo mile i przed przyjazdem tu zastanawialismy sie czy bedzie nam sie az tak podobalo jak poprzednio. Teraz jak troszke wiecej swiata widzielismy i mamy wieksza skale porownawcza jestesmy troche bardziej krytyczni i nie zachwycamy sie juz kazdym nowym miejscem jak przed tem.

Wat = swiatynia po tajsku
Tuk Tuk = najszybsza forma poruszania sie po miescie


::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::
Bangkok - stolica Tajlandii, 6mln mieszkancow; 95% to buddysci

W Bangkoku spedzilismy 2 dni – 1szy dzien przeleniuchowalismy w hotelu po dlugim locie z Bali a w drugi dzien poszlismy odwiedzic miejsca, ktore nam utkwily w pamieci z poprzedniego razu. Ja bylam w Bangkoku rok temu przez 3 dni w drodze z ciocia do Australii wiec mi przypadlo w udziale oprowadzanie nas, pytanie sie o dojazdy i kupowanie biletow.

Wat Phra Kaew & Grand Palace (Swiatynia Emeraldowego Buddy i Wielki Palac) – robi wrazenie tak jak poprzednio; na powierzchni 1 km2 w centrum Bangkoku jest ponad 100 budowli/swiatyn reprezentujacych bogata tajska kulture przez ostatnich 200 lat (przepiekne zdobienia, pomaranczowo zielone dachy).








Wat Phra Kaew to odpowiednik Jasnej Gory – znajduje sie tam emeraldowy 70cm posag buddy, ktory jest nazywany talizmanem tajlandzkim. Emeraldowy Budda ma 3 ubranka wykonane ze zlota: na sezon zimny, letni i deszczowy – zmiana ubran dokonywana jest przez krola i dzien zmiany jest dniem wolnym od pracy i jednym z najwiekszych swiat religijnych w Tajlandii. Uczeni do tej pory debatuja z czego Budda jest zrobiony – nie jest to emerald ale gdyz jest to swieta figurka nie moga jej zbadac.

By wejsc do swiatyni nie mozna miec odkrytych ramion ani nog i piety musza tez byc zakryte (sandaly sa ok ale klapki sie nie nadaja). Przed wejsciem do kazdej swiatyni mozna tu wynajac saraqgony.
Emeraldowy Budda w zimowym ubranku:


Wat Pho (Swiatynia Spiacego Buddy) – jedna z najstarszych swiatyn w Bangkoku z posagiem lezacego Buddy (46m dlugosci, 15m wysokosci). Posag wykonany jest z gipsu i pokryty zlotem.




W swiatyni tej znajduje sie tez szkola massazu – my nie moglismy sie oprzez pokusie i poszlismy na 1godz masaz. Tajski massaz jest to polaczenie:
- tradycyjnego masazu (masowanie miesni)
- chiropractice (nastawianie kosci)
- acupressure (nacisk na nerwy/sciegna by zbalansowac 4 elementy oranizmu – tak jak w ziemia = nerwy, miesnie, kosci, woda = krew, ogien = metabolizm, powietrze = oddychanie i krazenie)
Po dlugiej debacie co tu robic postanowilismy pojechac na polnoc do Chiang Mai, 700km na pln-wsch od Bangkoku – mekka dla turystow i nas jeszcze tam nie bylo. Autobus jedzie 10 godz z Bangkoku ale ze mieli specialna promocje na samoloty wiec skorzystalismy z niej i w 1godz bylismy w Chiang Mai. Mieszkalismy w sympatycznym hoteliku Baan Kaew 10min do centrum.


::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

Chiang Mai – 700km na pln-zach od Bangkoku, 170tys mieszkancow i ma ponad 120 swiatyn wiec jest co ogladac. My mielismy tylko czas odwiedzic mala czastke – ten najwieksze i najstarsze rekomendowane w przewodniku.





Lokane plemiona Karen – bylismy na 3 dniowej wycieczce, skad wrocilismy z mieszanymi uczuciami. Wioski polozone w gorach i zazwyczaj nie ma tam dojazdu samochodem, czasami da sie tylko dojechac motorkiem. Warunki zycia bardzo spartanskie – mieszkaja w bambusowych chatkach, jeden wielki pokoj, w ktorym sie spi i gotuje. Nie ma tam elektrycznosci ale ostatnio rzad za darmo instaluje baterie sloneczne ale nie wszedzie jeszcze one dotarly. Woda bierze sie zazwyczaj z kranu na podworku (taki jak u nas w ogrodach i zazwyczaj jest ich tylko kilka na wioske). Cywilizowana ubikacja to dziura w ziemi przykryta malym sedesem (staje sie na niego a nie siada) otoczona paroma bambusami przykrytymi suchymi liscmi. Wiekszosc kapie sie w pobliskich wodospadach lub rzekach. Ludzie chodza spac zazwyczaj o zmroku i wstaja razem ze wschodem slonca.



Utrzymuja sie glownie z uprawy ryzu (na zdjeciu wysuszone pole ryzowe bo nie ma sezonu, nawodnione zostana dopiero w maju), hodowli drobiu i krow oraz tkactwa – zrobienie jednej hustki zajmuje wprawionej tkaczce caly dzien a sprzedaja je za 100B = £1.5 = 8zl




Zorganizowana wycieczka nie mogla sie obyc bez paru turystycznych atrakcji jak przejazdzka na sloniu i splyw na tratwie bambusowej po rzece.


Po wycieczce mamy uczucia mieszane, jak sie wchodzilo do wiosek to tak jak isc do ZOO – turysci przyszli, popatrzyli sie, zdjec narobili i poszli. Z mieszkancami wiosek za duzo do czynienia nie mielismy – zazwyczaj nasz domek byl na obrzezasz wioski a miejscowi nie wychodzili z domow poza paroma przekupkami, ktore przychodzily z chustkami i portfelikami starajac sie je sprzedac. Zaskakujacy byl fakt, ze w kazdej wiosce mozna bylo kupic piwo,cola i wode butelkowana i co bardziej zadziwiajace to po cenach prawie sklepowych, mimo, ze wszystko to trzeba bylo przyniesc na plecach (poza paroma wioskami, gdzie mozna bylo motorem dojechac). Pocieszjacy byl fakt, ze mimo naszego sedziwego wieku jakos sobie dawalismy rade w gorach – calkiem dobrze nam szlo w porownaniu z reszta.


Doi Suthep & palac zimowy – mielismy juz dosyc zorganizowanych wycieczek, wiec w ostatni dzien w Chiang Mai wynajelismy skuter i sami ruszylismy na zwiedzanie.


Doi Suthep to swiatynia 16km od Chiang Mai, polozona na 1,700 mnpm do ktorej dojezdza sie kreta droga (oczywiscie caly czas pod gore) a potem wchodzi sie po 300 schodach.





Bhubing to krolewski palac zimowy z przepieknymi ogrodami. Tylko ogrody sa otwarte do zwiedzania.



Dziwczynka z Akha plemienia:

W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na massaz w swiatyni – 1godz kosztuje 120B = £2 = 11zl. Masaz jest bardzo popularny tutaj – robia go wszedzie na ulicach, w domach, w salonach. Szkoly masazu zazwyczaj sa przy swiatyniach.

::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::
Jak sie juz pisze o polnocnej Tajlandii to trzeba wspomniec Golden Triangle (zloty trojkat) - kraine opium polozona na granicy Tajlandii, Laosu i Burmy. Opium zostalo przywiezione do Chin w XIII wieku przez Arabow i uzywane bylo przez Chinczykow do celow leczniczych i tak biedne plemiona na granicy 3 krajow zaczely uprawe maku dla zarobku. W czasie wojny w Wietnamie CIA wmieszane bylo w transport opium, ktore bylo transportowane przez samoloty wojskowe jako forma dofinansowywania wojny, wieksze zapotrzebowanie znaczy wieksza produkcje. W polowie lat 80 rzad tajski wypowiedzial wojne narkotyka, palac pola opium


I tak nam minelo kolejne 5 dni wakacji. Nastepny przystanek to Laos – mozna leciec tam samolotem albo autobusem do granicy w Chiang Khang i potem z Huay Xia statkiem po rzece Mackhong (motorowka 9 godz, wolny statek 2 dni). Wiecej o naszej podrozy do Loasu w nastepnym blogu wkrotce ....

Friday, 7 March 2008

Bali

The stop in Bali was not originally planned as part of this trip and we decided to change our plans at the last minute, so we arrived very unprepared and without any expectations of Bali having not done any research. We were lucky to have as a host my old friend from high school, Mario, whom I haven’t seen for about 10 years. He organized our accommodation picked us from the airport and was able to show us some interesting places that we would never be able to discover on our own. We were staying at the lovely Sukun cottages in Sanur, which was a great option and certainly not as busy as Kuta.

Mario owns an excellent Dive Center in Bali and has lived here for the last 4 years, which I guess makes him a “local”, given that he’s also managed to master the local language.

On our first night we all went to dinner to Jimbaran, which is an area famous for the concentration of excellent seafood restaurants. It is also the place where the terrorist attacks have taken place. The food was indeed exceptional and the whole seafood dinner with beers served at beachside candlelight tables cost us about £5 per person. Probably one of the best meals we’ve had in the last five months and one of the cheapest. Unbelievable!

The next day Mario took us for a scuba diving trip to Tulamben, which is a location of a ship wreck from 1942. Mario is a great instructor and he took good care of all the first time divers making them at ease with the equipment and the diving conditions. I was impressed with Alex and the fact that she had the courage to do a dive, despite not being able to swim.
On the way back Mario took everyone for a scenic drive around the east part of the island stopping at some very interesting locations, such as the water garden

… and the bat temple amongst others

On the second day we went with Mario for a drive along the Southern part of the island, which is the location of some of the most upmarket hotels and apartments, particularly around the Nusa Dua area

As well as a more traditional Balinese way of life – algae collection

On the way back we stopped at the monkey temple located on a steep cliff. As the name might suggest the temple is inhabited by a colony of monkeys. Some of them are trained to steal anything they can, e.g sunglasses, from the tourists so that the locals can then proceed to retrieve it from the monkeys for a small fee. Annoying little bastards.

The following day we went for a snorkeling trip to Nusa Lembongan on a luxury cruse boat owned by some of Mario’s Russian diving clients.

After celebrating Mario’s birthday with plenty of drinks we took a couple of easy days to relax on the Sanur beach reading books, swimming and walking along the pretty seafront.

After all the relaxing we were ready for some action and Mario took us to the Kuta beach for some surfing lessons. The surf was great, but it takes a while to learn to balance on the board and it’s certainly not as easy as it looks like.

As our time on Bali was coming to an end the day before last we took a local guide, Woody to show us the central part of the island, including:

The spectacular rice fields near Ubud

The Gunung Kawi temple

The Gunung Batur volcano

And a traditional Balinese house near Ubud

Nine days was definitely too short to see all that Bali has to offer, not to mention the rest of Indonesia, but we’ve had a good taste of the island. As I’ve mentioned at the beginning we arrived at Bali without any expectations and we had a fabulous time. Bali may not be as popular as some other locations in Asia, but this makes it more exotic and combined with great weather excellent food and reasonable prices gets my vote as one of the great destinations. We definitely would like to be back at some point, hopefully for a bit longer next time.

Saturday, 1 March 2008

Bali (Polski)

Bali w Indonezji – wyladowalismy tu przez przypadek gdyz namowil nas Michala kolega z ogolniaka, z ktorym odnowilismy kontakt niecaly rok temu, gdy Mariuszek znalazl na internecie michala rezultaty z zawodow razem z emailem. Mariuszek mieszka na Bali od 4 lat i zajmuje sie nurkowaniem i kreceniem filmow podwodnych.

Po 3 godz locie w Denpasar na lotnisku czekali juz na nas Mariuszek i Ike – co za ulga ladowac w obcym kraju i nie musiec sie martwic o dojazd do hotelu. Hotel mielismy super – male wille w stylu indonezyjskim, basen i blisko morza (oczywiscie znaleziona przez Mariuszka). Na pierwszy obiad pojechalismy do Jimbaran – nadmorska miejscowosc z mnostwem restauracji serwujace owoce morze pieczone na grilu, zamiast wegla uzywa sie lusek kokosow dla polepszenia smakow. Stoliki z nastrojowymi lampkami stojace na piasku na plazy, morze, ryby wybiera sie samemu i ceny bardzo niskie (szczegolnie jesli porownac z londynem, 10USD za osobe wlaczywszy piwo, rybe, krewetki, malze .... nawet Michal wychodzil najedzony) niesamowicie przypadlo nam do gustu, jedno z najlepszych miejsc do jedzenia podczas naszej podrozy


Za duzo czasu na odpoczynek nie mielismy gdyz nastepnego dnia pojechalismy z Mariuszkiem na nurkowanie – byli tez 4 chlopacy z warszawy, ktorzy byli na wyjezdzie sluzbowym. Nurkowalismy w Tulamben, gdzie jest wrak amerykanskiego cargo statku postrzelonego przez torpede japonska w 1942 roku. Michal nurkowal juz przedtem wiec byl ok ale ja bylam spanikowana, a fakt ze nie umie plywac, boje sie wody i mam chorobe morska nie pomagal. Ale Mariuszek nianczyl mnie i trzymal za reke caly czas wiec jakos przezylam ale zeszlam tylko na jakies 6 metrow – fajne lawice, kolorowe rybki, wrak porosniety glonami i koralami. Widocznosc nie byla najlepsza (teraz jest okres deszczowy wiec nie najlepsza pora na nurkowanie) ale wrazen mnostwo- nie mamy zdjec ale mamy film i niesamowite wrazenie (gdyby nie Mariuszek to bym sie nigdy nie odwazyla nurkowac). Michal nurkowal 2 razy ja tylko raz bo dopadla mnie choroba morska i cale popoludnie spedzilam produkujac pawie. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie w ogrodzie wodnym (Tirta Agu), palacu na wodzie i swiatyni nietoperzy (Gua Lawa). Pierwszy dzien i ile juz wrazen.



Nastepnego dnia pojechalismy na wycieczke do Nusa Dua (pld od Denpansar) – kraina wielkich hoteli i pol golfowych. Wszystko pieknie wyglada ale tak jak w katalogu, trawka zielona rowno przecieta – fajnie zobaczyc ale dobrze, ze tu nie mieszkamy gdyz brak tu atmosfery i jakos tak sztucznie. Wrazenie zrobila na nas Uluwatu swiatynia na klifie – przepiekny widok na morze i mnostwo tam bylo malp, ktore kradly wszystko co sie dalo (kolczyki, okulary .....). Na kolacje zajechalismy znow do Jimbaran – 2 noce pod rzad owoce morza – pycha!!!



Jakby bylo nam malo wrazen Mariuszek zabral nas nastepnego dnia na snorkling do Nusa Lembongan – wyspa jakies 1.5 godz na wypasionym statku. Statek nalezy do pary rosjanow, Mariuszek poplynal jako instruktor nurkowania a my na przylepke. Wypas niesamowity, wieczorem mielismy kolacje i podziwialismy zachod slonca. Szkoda, ze sie bardziej nie przykladalam do rosyjskiego to by latwiej sie bylo domowic (z rozumieniem nie mielismy klopotu ale powiedzenie czekogos wymagalo duzo wysilku). Mnie dopadla znow choroba morska wiec wiekszosc czasu sie koncentrowalam na nie puszczaniu pawi i spaniu ale Michal mial fajny czas.


Nastepne pare dni minely nam nam szybko, przechadzki po plazy, Mariuszka urodziny, nauka surfingu .....


Przed ostatni dzien pojechalismy z Wodi w centrum wyspy do wulkanu Donau Batur – zatrzymujac sie na markecie z rzezbami, swiatyni Gunung Kawi kolo Tampaksiring (wejscie po schodach wdol wsrod pol ryzowych, oltarze rzebione w skalach), tradycyjny dom balijski, tarasy ryzowe. Na zakonczenie pojechalismy na tradycyjna potrawe balijska babi gulung – suszone plocka swinske, skora swinska, slonina z glowy swini ..... miam miam (sprobowalismy ale nie sadze bysmy jeszce kiedys ja zamowili).





I tak nadeszla pora pozegnac sie z Bali – 8 dni przelacialo blyskawicznie ale jeszcze kiedys wrocimy.
Dzieki Mariuszkowi i Ike moglismy ogladnac wyspe z prawdziwej strony. Bedac turysta poruszamy sie wedlug przewodnikow a tym razem odwiedzalismy miejsca, gdzie turysci rzadko docieraja, mielismy okazje zapoznac sie z obyczajami i potrawami oraz jadac w miejscach, gdzie lokalnie jadaja a nie turystycznych pulapkach.

Pare ciekawostek o Bali:
- zamieszkale glownie przez hindusow, wierza w reinkarnacje w zaleznosci jakim sie bylo na ziemi to sie pozostaje w niebie,wraca w postaci czlowieka albo zwierzaka (ci zli), cialo jest kremowane (ale jest to kosztowne wiec czasami cala wies sie sklada albo cialo jest pochowane w ziemie i jak rodzina uzbiera na kremacje to zostaje wykopane i wtedy kremowane); w czasie ceremonii pochowku trumna jest wiele razy obracana – by zamacic duszy i by nie wrocila na ziemie

- tradycyjny dom balijski ma mala swiatynie w pln-wsch czesci; kuchnia i lazienka zawsze sie miesci w pld-zach czesci (tej zlej); dom sklada sie z wielu malych budunkow (kuchnia, lazienka, salon a sypialnia to oddzielny maly budynek (jak murowana altana))

- rok balijski trwa 210 dni; hinduski Nowy Rok (Nyepi) jest swietowany jako dzien ciszy. W tym dniu wszyscy pozostaja w domach, turysci sa zachecani by nie opuszczac hoteli, lotniska sa pozamykane. W drugi dzien Nowego Roku sa procesje z potworami ogoh-ogoh, ktore pozniej sa palone (pokonanie zlych duchow). W tym roku Nowy Rok wypada 7 marca.



- jak dziecko sie urodzi pepowina jest zakopywana przed domem i podzieka skladana

- kolo wulkana Donau Batur jest miejscowosc dostepna tylko statkiem, gdzie ciala zmarlych nie sa chowane ani kremowane – sa wystawiane w bambusowej strukturze i rozkladaja sie na powierzchni

- mnostwo turystow z Rosji – nie mowia po angielsku ale pieniedzy maja sporo

- jesli przy numerze domu jest X to oznacza to dom lekkich obyczajow (n.p. 10x Sukuwit)

- okazale drzewa i wiekszosc pomnikow sa otoczone bialo-czarnymi saragonami – forma ochrony przed zlymi duchami

- co rano przed kazdym domem, sklepem wystawia sie maly koszyczek z jedzeniem, kwiatkami na szczescie i jako ofiare


- ulice sa udekorowane bamboo masztami, ktore sa zmieniane co 210 dni (stare sa palone i nowe stawiane).

- jazda samochodem po Bali nie da sie opisac – sami szalency; mnostwo motorkow i mimo ze nie maja bagaznikow to sa bardzo pakowne
- kobiety nosza wszystkie ciezkie rzeczy na glowie - bytla na zdjeciu ma 18kg + torba nastene pare kg; z punktu ortoprtycznego to najlepsza metoda noszenia i nie spotyka tu sie kobiet z pokrzywionymi plecami jak w Europie

- Balia to wyspa kontrastow - obok ekskluzywnych hoteli ludzie zarabiaja na przetrwanie wyciagajac glony z morza (wydaje mi sie, ze za 4kg = 1USD)