Wednesday, 16 July 2008

Austria (Polski)

Ironman Austria odbywal sie w Klugenfurt – 350km na pld-zach od Wiednia. Wyladowalismy w piatek 11/07/2008 rano, pogoda byla piekna, od razu ruszylismy w droge wynajetym samochodem. Hotel Windelhof polecony przez kolege okazal sie dobrym wyborem – spokojny, polozony 1.5km od startu (fajny spacer wzdluz kanalu), krotki spacer do plazy nad jeziorem. Sobota przed zawodami minela nam wyjatkowo relaksujaco – Michal rano szybko zlozyl rower, spakowal torby i w poludnie wynajelismy drugi rower i popedalowalismy do nastepnej miejscowosci (10km) na lunch – bardzo przyjemna wycieczka gdyz slonce swiecilo i nie trzeba bylo sie stresowac wymijajacymi nas samochodami (w UK to tylko pomarzyc mozna o takich szerokich sciezkach rowerowych). Po poludniu Michal pojechal sie zarejstrowac a potem troche posiedzielismy na plazy.


W niedziele zawody – pobutka przed 5, sniadanie, na dworzu dosc cieplo ale zapowiada sie pochmurny dzien. Start byl o 7 rano. Michal jakos sobie radzi mimo, ze nie jest az tak dobrze przygotowany jak zazwyczaj – pogoda dziwna, w gorach na rowerze pada a w polowie biegu zaczyna sie burza i ulewa.


W poniedzialek rano odpuszczamy uroczystosci zakonczenia i ruszamy do Wiednia – pada i jest pochmurnie.


Drogi byly dosc puste wiec szybko udalo nam sie dojechac – mamy czas wiec zatrzymujemy sie w Schönbrunn Palace (letnia rezydencja krolewska). Tu urodzil sie Franz Josef I – panujacy przez 68 lat az do smierci w 1916. Zamek oglada sie samemu z audio (maja tez w jezyku polskim). Bylo to jedno z najciekawszych audio jakie slyszlismy – zawieralo mnostwo detali z codziennego zycia dworu np.
· Cesarzowa SISI dziennie spedzala 3 godz czeszac wlosy, myla je 2 razy w miesiacy w zoltku i koniaku i miala obsesje na punkcie swojej figury – w dzisiejszych czasach byla by uznana za anoreksyczke gdzyz przy 172cm wzrostu wazyla 46kg i miala 50 cm w pasie
· cesarz France Josef I wstawal regularnie o 3:30 rano by zaczac prace o 5 rano, mial 2 razy w tygoniu audiencie na ktore kazdy mogl przyjsc trwajace okolo 2 min
· porcelane uzywano tylko do zup i deserow, jedzienie serwowane bylo na srebrnych talerzach az do wybuchu I wojny swiatowej, gdzie srebne zastawy zostaly stopione na pieniadze


Wieczorem wloczymy sie po starowce, slychac muzyke – dobiega spod ratusza, maja tam wielki ekran i puszczaja koncerty muzyki powaznej (zdjecia: parlament, biblioteka narodowa, Franz Josef I plac)





We wtorek rano – nasz ostatni dzien we Wiedniu, wloczymy sie na starowke i zachodzimy do Sisi museum w Hofburg zamku. Byla to zimowa rezydencja Franza Josefa I i cesarzowej Sisi (Schönbrunn Palace byl letnia). Zwiedzamy z audio, ktore wydaje nam sie bardzo ciekawe gdyz zawiera mnostwo informacji o codziennym zyciu. Pogoda sie poprawia, wloczymy sie po czym na zakonczenie zjadamy po kielbasce i ruszamy na lotnisko.



Sciezki rowerowe zrobily dosc duze wrazenie ale system wynajmu rowerow we Wiedniu jeszcze wieksze. City Bike to inicjatywa prowadzona przez misto i polega na bardzo latwym wynajmnie rowerow – rowery stoja na chodnikach, wsadza sie karte kredytowa, wklepuje numer roweru i sie odjezdza. Pierwsza godz jest za darmo, kazda nastepna kosztuje 1 euro. Rower nie trzeba zwracac w tym samym miejscu skad sie go wzielo – mozna go przypiac do byle jakiego punktu City Bike, wklepac numer i to wszystko – w zaleznosci od czasu wynajmu karta kredytowa bedzie skasowana albo i nie (jesli sie mialo rower mniej niz godz). Ku naszemu zdziwieniu rowery byly w dobrym stanie i nie byly zdemolowane.


Monday, 16 June 2008

Lanzarot (Polski)

Nasz wyjazd do Lanzarotu nie byl planowany ale nie potrafimy odmowic gdy jest mozliwosc pojechania gdzies. James and Veronique jechali do La Santy i zaprosili nas bysmy z nimi pojechali i nie bylo nawet mowy o tym bysmy powiedzieli nie gdyz oboje lubimy Lanzarote. I tak to wyladowalismy w Lanzarocie.

Lanzarot nalezy do wysp Kanaryjskich, polozony jest 120km od wybrzeza Afryki i jest 60km na 20km. Pogoda jest przyjemna przez caly rok, 21°C w styczniu and 29°C we wrzesniu, malo deszczu czyli dobra destynacja na wakacje o kazdej porze roku.

Jak wszystkie wyspy Kanaryjskie, Lanzarot jest pochodzenia wulkanicznego, czesto opisywana jako ksiezycowy krajobraz. Wyspa zachowuje swoj wdzieki, dzieki zakazowi budowania wysokich budynkow.


Glowna atrakcja jest Timanfaya Narodowy Park - (ognista gora) powstaly w wyniku erupcji 1730 - 1736 gdzie pojawilo sie ponad 100 wulkanow, ktore zniszczyly wiekszosc wyspy. Ostatnia erupcja byla w 1824. Area wyglada prawie tak samo jak po erupcji gdyz opady deszczu sa tak male, ze nie ma erozji. Temperatura pare metrow pod powierzchnia wacha sie miedzy 400°C i 600°C. Suchy krzew wrzucony do parometrowego dolu zapala sie momentalnie a woda wlana do dziury wystrzela w gore jak gejzer.




Jameos del Agua jest interesujacym miejscem - wulkaniczna jaskinia zmieniona w audytorium, basen, ogrod i restauracje otoczona wulkanicznym krajobrazem. Zostala ona zaprojektowana przez Cezara Manrique - localnego artyste. Podziemne slone jeziorko jest domem dla slepych bialych krabow - jest o jedyne miejsce na swiecie gdzie mozna je zobaczyc.


Dla sportowcow Lanzarot sie kojarzy z La Santa - komplex sportowy z dala od turystycznego poludnia z kortami tenisowymi, 50m basenem, silownia i mozliwosciami do jezdzenia na rowerze. Bylismy tam juz przed tem i bardzo nam sie podobalo - gdyby nie limit urlopu czesciej bysmy tam zagladali. Michal czuje sie tam jak ryba w wodzie - rano plywanie potem rower a wieczorem bieganie. James nie mial wyboru wiec musial podazac za Michalem. Czasami tylko Michal pozwalam na pare godzin leniuchowania na lezaku przy basenie (ale nie za czesto bo plan treningowy byl napakowany).


Ja z Veronique mialysmy swoj wlasny plan treningowy. Szybki spacer rano potem 2 godz aerobiku/rozciagania i po poludniu nastepne 3 godz klas. Vero miala pedometer, ktory miezyl ile krokow zrobilismy w ciagu dnia, i zazwyczaj robilismy dwa razy tyle ile jest rekomendowane (rekomendowane jest 10tys na dzien) nie liczac klas. W lunch zazwyczaj jechalismy spotkac chlopakow albo chodzilismy do oddalonej 3km kanapkarni (bo lunch w La santa bylo by za latwo i mielibysmy za duzo czasu).


Mielismy wspanialy czas i zadowoleni jestesmy, ze tam pojechalismy. Nastepny raport z IM Austria w polowie lipca.

Lanzarote

Mike is back to the training/working mode so now updating blog in English become my responsibility.

Our trip to Lanzarote wasn’t planned but we find it impossible to turn down the opportunity of going away. James and Veronique were going to La Santa and invited us to come along – and there was no way we will say no to that as we both really love this place. And that is how we ended up in Cannary Islands – 2 months after returning from 6 mths trip with the resolution to be more sensible.

Lanzarote is part of the Canary Islands, is situated just 79 miles off the coast of Africa, it is 37 miles (60km) long and 12 miles (20 km) wide. Lanzarote enjoys a mild dry climate with average daytime temperatures ranging from about 21°C in January to 29°C in August - this makes Lanzarote the perfect year-round destination.
As with the other Canary Islands, Lanzarote is Volcanic in origin and is often described as 'lunar' or 'Martian'. Local authority regulations on the amount and style of development mean that there is no billboard advertising and no high rise buildings in Lanzarote (with the exception of the Grand Hotel in Arrecife).

The main and must see attraction is Timanfaya National Park - The Montañas del Fuego (Fire Mountains) created between 1730 and 1736 when more than 100 volcanoes, rose up and devastated this part of the island (including several villages). The last eruptions were in 1824. Because of the low rainfall (and therefore lack of erosion) this area appears much the same as it did just after the eruptions. Temperatures just a few metres below the surface reach between 400°C and 600°C. Dry brush thrown into a hole in the ground catches fire immediately, while water poured into a bore hole erupts seconds later in the form of steam – like a mini-geyser.




Jameos del Agua is interesting volcanic cave converted into Auditorium, Swimming pool, Gardens and Restaurants, while still blending into the surrounding volcanic landscape. It has been designed by the Lanzarote-born artist César Manrique. The underground salt water Lagoon, Jameo Chico, is host to a Species of Blind Albino Crab that is found nowhere else.


For sports people it is mainly know because of the La Santa – sport complex far away from the touristy south. It futures tennis courts, 50m open air swimming pool, gym, stadium and great cycling opportunities. We been there before and really enjoy the place – if only we had a more holiday we would definitely visit it more often. Surprisingly, La Santa is family friendly place – there is a crèche for the kids and they organise lots of different activities for kids and adults. Mike feels there like fish in the water – morning swim follow by long bike and the run in the eve. James didn’t have other options than following Mike’s training plan – it was quite hard but he did well. Occasionally Mike even allowed couple of hours to relax on the sun bed near the pool (not very often).


I and Veronique had our own training plan to follow. Power walk in the morning, follow by 2 hrs aerobic/stretching session then another 3hrs in the afternoon. Vero had a pedometer and most of days we done twice the recommended amount of steps (recommended 10k per day) not counting the classes. For the lunch we would drive to meet the boys or we will walk 2 miles to the lovely juice bar (having it at La Santa would be too easy, we need to take every opportunity to exercise).


We had a great time, glad that we went there. The next report will be from Ironman in Austria – 2nd week of July.

Saturday, 10 May 2008

Costa del Sol - Hiszpania (Polski)

Za dlugo w domu nie posiedzielismy, po 3 tygodniach od powrotu wsiedlismy znow w samolot tym razem do Malagi, pld Hiszpanii swietowac Michala urodziny.

Zaczelo sie troche pechowo: 1. spoznilismy sie na ranny pociag 2. wynajelismy BMW, w ktorym nie umielismy wlaczyc wstecznego biegu wiec probujac zrobic zakret stanelismy w poprzek i zablokowalismy droge 3. pojechalismy do Grenady zobaczyc Alhambre ale nie bylo biletow wiec przejechalismy 150km na darmo ale pech byl chwilowy i wkrotce dobra passa znow wrocila.

Pogoda byla super a wyjazd relaksujacy. Ranki spedzilismy wylegujac sie na lezakach a popoludnie na zwiedzaniu okolicznych miasteczek. Bylismy juz w Cost del Sol pare lat temu i fajnie bylo wrocic w znane miejsca, nie bylismy juz pod presja zobaczenia wszystkiego i odwiedzalismy tylko znane poprzednio miejsca.

Granda – glowna atrakcja jest Alhambra (czerwony zamek) twierdza z IX wieku,przeksztalcona w twierdze/palac w XII wieku. Zdobienia palacu sa bardzo bogate, ciezko uwierzyc, ze budowle przetrwaly tyle stuleci w tak dobrym stanie. Ale,ze biletow nie bylo wiec spedzilismy popoludnie wloczac sie po starym miescie. Odbywaly sie tam wlasnie jakies celebracje i mnostwo bylo ludzi w narodowych strojach.




Ronda – przepiekne male miasteczko z wawozem biegnacym przez srodek starego miasta, waskie uliczki, male biale domki, brukowe drogi



Puerto Benito – zwane zlota mila, gdyz tam znajduja sie najdrozsze posiadlosci i cumuja milionerow jachty

Marabella – jeden z najfajniejszych turystycznych baz na wybrzezu Costa del Sol, sciezka rowerowa i spacerowa wzdluz plazy, male restauracyjki, mnostwo hoteli


Mieszkalismy w dosc fajnym miejscu - apartment byl super ale plaza nie za ciekawa; zazwyczaj zatrzymujemy sie w miej luksusowych miejscach ale tym razem byla promocja wiec sie skusilismy:


Wrocilismy w Michala urodziny i wyjazd nie byl jedyna niespodzianka. Po powrocie w domu zastalismy champan, tort i pare znajomych wyskakujacych z ukrycia spiewajacych sto lat – Michal byl tak zszokowany, ze przez pol godz nie mogl wykrztusic z siebie slowa. Wyjazd byl super, niespodzianka sie udala wiec teraz jest Michala kolej, ale ma pare miesiecy do wymyslenia czegos, gdyz moje urodzin nie ma przez nastepne 5 miesiecy.

Nastepna relacja z Lanzarotu na poczatku czerwca.

Koniec podrozy (Polski)

6 miesiecy uplynelo nam szybko, przemierzylismy pare tysiecy km, zrobilismy prawie 3,5 tys zdjec, ktore zredukowalismy do 40min pokazu na CD (dostepny na zyczenie).

Lot powrotny minal sympatycznie i szybko, bez turbulencji. Wyladowalismy w Londynie o 7 rano – pogoda nieciekawa: szaro, zimno, wietrznie i deszczowo.


Sasiedzi ucieszyli sie z naszego powrotu a wlasciwie z faktu, ze nie musza juz dogladac naszego domu, podlewac kwiatkow i naprawiac plot jak wiatr rozwali. Znajomi na przywitanie zostawili nam w lodowce 2 mrozone pizze, mleko, herbate i kawe – co za ulga, gdyz nikomu z nas nie usmiechala sie perspektywa pedalowania do sklepu na zakupy. Sumujac – wszystko przetrwalo bez problemow poza samochodem i motorem (rozladowaly sie akumulatory ale przez nasza glupote, gdyz powinnismy go wyjac (lekcja na przyszlosc)).

Wrazenia z wakacji:
- Brazylia – nie byla tak eksytujaca jak oczekiwalismy, powinnismy spedzic miej czasu w Rio and San Paulo i pojechac do Amazoni

- Iguacu Wodospady na granicy Argentyny i Brazylii ciagnace sie przez 2.4 km - po nich juz zadne inne wodospady nie zrobily juz na nas wrazenia

- Aconcagua - najwyzsza gora w Ameryce Pld, mieszkalismy na wysokosci w 2,800 npm w schronisku - nic poza schroniskiem, droga i przecudownymi widokami na gory

- zwiedzanie Patagonii grupowo bylo dobrym posunieciem, ekipa byla fajna, zmobilizowalo nas to do zrobienia wiecej aktywnosci niz zazwyczaj; na zawsze pozostana nam w pamieci przepiekne widoki podczas naszych dlugich wedrowek i zjezdzanie na tylkach z aktywnego Vilarica wulkanu
- steki i wino – nigdzie na swiecie takich wielkich stekow nie widzielismy (600 g) jak w Argentynie i tak dobrego i taniego wina;


- Great Ocean Road kolo Melbourne w Australii – 160km droga nad oceanem z malymi plazami, przepieknymi skalnymi formacjami, super pogoda; super, ze udalo sie Danielowi do nas dolaczyc

- kangury skaczace po campingu wsrod namiotow i koale spiace w najprzerozniejszych pozycjach na przydroznych eukaliptusach


- wielkie nieokupowane przestrzenie we wschodniej Australii – male solne jeziorka, przemierzanie setek niezaludnionych kilometrow bez spotkania zadnych ludzi i samochodow


- Bali – niesamowita niespodzianka, dzieki Mariuszkowi mielismy okazje poznac Bali nie od turystycznej strony, jadac razem z lokalnymi, poznac ich obyczaje; ryby z grilla w Timbaran zaliczaja sie do jednego z najlepszych dan podczas naszej wedrowki


- Cambodia – Angkor Wat ruiny na dlugo pozostana nam w pamieci, ciezko wyobrazic ich rozmiar a zdjecia nie oddaja ogromu i piekna; Amok (ryba z warzywami w sosie kary w lisciach bananowca) - pycha


- Laos – biedny kraj, swiatynie nie tak bogato zdobione jak w Tajlandii, lokalni myjacy sie w rzece i starajacy sie sprzedac co tylko maja; dluga kolejka do szpitala dzieciecego (niektorzy stoja po pare dni) pozostanie nam na dlugo w pamieci i uswiadomila nam jak duzo szczescia my mamy bedac zdrowi i jak malo czasami to doceniamy

- Tajlandia – mekka dla turystow z dobrze rozwinieta baza turystyczna, przepiekne i bogato zdobione zlotem swiatynie no i tajski masaz; Spedzenie ostatniego tygodnia na wyspie Phi Phi bylo super pomyslem, relaksujace miejsce no i tam sie nauczylam plywac (tylko pare zabek ale zawsze to start)


Dzieki za sledzenie naszej podrozy i komentarze. Mamy nadzieje, ze z naszych opisow dowiedzieliscie sie czegos interesujacego. Moze jakies z miejsc spodobalo Wam sie na tyle by wybrac sie tam na wakacje - jesli tak to czekamy na kartke

W pierwszy weekend po powrocie pojechalismy ogladac Londynski Maraton – Michal nie zdazyl sie przygotowac wiec biegal tylko polowe poczym zszedl z trasy.

Nastepny tydzien przelecial jak blyskawica – ja nabawilam sie zapalenia gardla i stracilam glos (Michal sie smial, ze po 6 miesiacach sluchania mojego dgerania non stop z przyjemnoscia poprzebywa w ciszy), przemalowalismy jeden z pokoi, a wieczorami zabawialismy gosci. Po tak dlugiej przerwie bylo o czym opowiadac.

W poniedzialek 20/04 Michal worcil do pracy po 7 miesiacach leniuchowania. Ja postanowilam pojechac do Polski na tydzien i odwiedzic Bytow i Olsztyn.

Postanowilismy utrzymywac ten blog i kontynuowac opisywanie naszych podrozy. Nastepny opis jest z Hiszpani - Costa del Sol. Jesli jestescie ciekawi to zapraszamy.

Monday, 7 April 2008

Koh Samui, Koh Phi Phi & Phuket

After some busy time in Laos and Cambodia we postponed our return home for a week and decided to relax for a little bit on the islands of Southern Thailand. It’s strange but during our trip so far we have little time to rest and relax as we were always on the move somewhere, sightseeing or organizing our next move, so this time we were really looking forward to spending some quality time on the beach.

After the flight back from Siem Reap to Bangkok we transferred immediately for a short flight directly to Koh Samui and in the evening we checked into our bungalow on the Chaweng beach. Koh Samui is one of the famous beach destinations in Thailand and we had big expectations. To our disappointment it turned out to be a bit of a s*** hole (quite literally as the smell of the wastage under the street was unbearable. The traffic was very heavy, streets lined up with dodgy shops and restaurants and busy with people. Our disappointment was confirmed by a below average seafood meal at a fairly expensive restaurant – a far cry from Bali’s Jimbaran. The beach was sandy and nice enough with nice warm water, but along the coast zipping up and down were many Jet-Skis, which made swimming quite tricky and dangerous. After nights on Koh Samui we had enough of the touristy atmosphere and decided to head over across west to Koh Phi Phi. We also considered taking a boat to Koh Tao but that would have meant having to come back again to Koh Samui and we didn’t really want to be wasting any more time here.

Surprisingly the boat-bus-boat journey to Koh Phi Phi only took a few hours and in the afternoon we were already checked into our bungalow at the JJ resort. We were on the Phi Phi island 10 years ago and we were curious how the place looked like after being destroyed by the 2004 tsunami and subsequently rebuilt. To our relief it’s still is as much of a backpackers paradise as it had been before. Since the movie “The Beach” was filmed on one of the Phi Phi islands backpackers have been flooding here and the travelers atmosphere still remains. The island is a little more built up than it used to be and there are more hotels, guesthouses, restaurants and dive shops, but still no cars and no roads. One difference was that unlike 10 years ago we were amongst some of the oldest backpackers. LOL.
The next day we found a great local yoga class run every evening and our days were spent on the beach, swimming, relaxing and attending the evening open air yoga class with an added bonus of a lovely sunset view.



Of course after a couple of days we needed some action so I went for a full day snorkeling tour.



… and after another couple of days we both did a half day rock climbing trip.


Days have passed quickly and we had a great time. To my surprise Alex has even managed to learn swimming after 30 years and by the time we left she could swim about 10 meters!

On the last day we trekked up to the viewpoint for a panoramic view of the paradise.


Unfortunately all good things come to an end and it was time to leave the island.

On the way back to Bangkok we had 2 more days on the beach, this time in Phuket. Phuket turned out to be much nicer than Koh Samui and we were staying at the lovely Best Western resort on the Bangtao beach, not far from the laguna where the international triathlon takes place each year in November. Beside spending some time on the beach and improving Alex’s swim technique and record to 20 meters we rented a small scoter and went to check out the British International School as a potential venue for a triathlon training camp. The swim facilities are impressive.



After another short flight we are now in Bangkok doing some last minute shopping and bracing ourselves to go back to the cold and rainy London…

Friday, 4 April 2008

Wyspy - Tajlandia (Polski)

Nasze planowany powrot przesunelismy o 2 tygodnie ale nie moglismy wrocic do pracy bez poleniuchowania pare dni na wyspach na pld Tajlandii.

Kao Samui – uwazana jest za urocza wyspe i popularna wsrod turystow ale dla nas byla rozczarowaniem. Wybralismy Chaweng beach – jedna z najbardziej piaszczystych plaz na wyspie i pewnie dlatego tak zabudowana. Przez kilometry wzdluz plazy ciagna sie roznej klasy osrodki wczasowe i droga z mnostwem sklepikow, restauracji i barow. Kanalizacja nie radzi sobie z tak duzo iloscia osrodkow i ze studzienek czesto dochodzi nieprzyjemny odor. Po 6 miesiacach zdala od masy turystow nie potrafilismy sie tam znalesc i wyjechalismy po 3 nocach na Phi Phi.

Phi Phi – czesto zastanawialismy sie czy nam sie bedzie podobac i jak bedzie wygladac, bylismy tu 10 lat temu zanim wyspa zostala zniszczona przez tsunami w 2004. No i sie podobalo a 9 dni przelecialo blyskawicznie. Co sie zmienilo – ceny poszly mocno w gore, zniknely palmy i powstalo duzo nowych hoteli ale dalej wyspa jest mekka dla mlodych turystow (sr wieku to 20, wiec czulismy sie jak dziadkowie). Mnostwo tu tatoo salonow, ktore na brak powodzenia nie narzekaja. Wszedzie sprzedaja nalesniki z bananami i ananasami – jak za starych czasow. Mnostwo lodzi oferujacych snorkling wyprawy na pobliskie rafy.

My bezczynie za dlugo posiedziec nie moglismy – rano spedzalismy na roznych plazach a po poludniu chodzilismy na 90min yoge – fajnie bylo bo na swiezym powietrzy, na dachu hoteliku z widokiem na morze i zach slonca, ale po 6 miesiacach nie rozciagania sie bolaly nas wszystkie miesnie. Bylismy troche chyba nadgorliwi bo nie opuscilismy zadnej yogi i zjakiegos powodu nazywali nas ‘active couple’ (aktywna para) i jak tylko przychodzilismy to sie pytali – to co tam aktywna para dzis robila?


A nam sie wydawalo, ze my nic nie robimy bo tylko raz wybralismy sie na wspinaczke po skalach – wlezlismy na 22m i 25m – na wiecej wejsc sil nam nie starczylo. Wspinanie wyglada latwo z ziemi ale to tylko pozory


Michal tylko raz pojechal na snorkling wycieczke – duzo raf zostalo zniszczonych przez tsunami wiec nie sa az tak okazale jak kiedys. Ja z moja choroba morska i nieumiejaca plywac bylam szczesliwa na ladzie i nie ciagnelo mnie do wody. Na prom kupilam tabletki na chorobe morska no i dzialaja, tak mnie usypiaja, ze po zjedzeniu przez 2 dni nie moge sie obudzic i tak spie, ze nie przeszkadza mi kolysanie

Wybralismy sie tez kajakiem na malpia plaze (na plazy jest pelno malp i trzeba mocno uwazac, gdyz zabieraja wszystko co potrafia uniesc), jest tam tez nawet fajna rafa. Ja sportowalam nowa mode – w kamizelce ratunkowej i masce lezalam na wodzie a Michal mnie holowal – niezly ubaw mieli ludzie na plazy z naszego plywania, ale co zrobic jak sie plywac nie umie a rybki i rafe chce sie zobaczyc.

Kiedys wspielismy sie na punkt widokowy – mamy zdjecie z tego samego miejsca sprzed 10 lat wiec ciekawie bedzie porownac je po powrocie do domu

Nasza ulubiona plaza byla Long Beach (dluga plaza) – 30min przez gore i las ale mniej ludzi i fajniejsza woda. Tu tez Michal ambitnie staral sie mnie nauczyc plywac no i jak do tej pory to udalo mi sie 21 zabek ale z jakiegos nieznanego powodu tylko w lewa strone, jak probowalam plynac w prawo to max 4 zabki – dziwne. Jedno jest pewne – ja zdecydowanie wole lad niz H2O, Michal uwielbia wode


Phuket – po 2 godz na kolyszacym promie przyplynelismy z Phi Phi do Phuketu (najwiekszej wyspy w Tajlandii). Nasze ostatnie 2 dni wakacji spedzamy w osrodku na Bang Tao plazy – zaczelo sie interesujaco gdyz kierowca nie mowiacy slowa po angielsku zawiozl nas do kompletnie innego osrodka, a jak my odmowilismy wysiasc wtedy zaczal pytac sie o droge i wreszcie dowiozl nas tam gdzie trzeba. Osrodek jest super, odmiana od tanich hoteli w jakich zazwyczaj mieszkalismy, odwyklismy od takich luksusow. Po poludnie spedzilismy wylegujac sie na lezakach na plazy. Wieczorem wylaczyli swiatlo na pare godz – zrobilo sie nastrojowo, obiad przy swieczkach na plazy, przepyszne curry z krewetkami.

Wynajelismy motor i wybralismy sie na przejazdzke po wyspie a wlasciwie prawde powiedziawszy pojechalismy zobaczyc osrodek sportowy, gdzie mozna przyjechac na oboz treningowy – Michal troche o nim czytal wiec chcielismy zobaczyc jak wyglada w rzeczywistosci.

Dzis jestemy juz w Bangkoku i za pare dni powrot do Londynu. Przerazajacy jest mysl, ze znow trzeba wrocic do pracy, zamienic klapki na buty a spodenki na garnitur. Ale wszystko co dobre to sie szybko konczy - nasza 6 miesieczna podroz dobiegaja konca.