Saturday, 12 October 2019

Herzo - Wiedeń - 2019/09

Już od dawna z moim kolegą Arkiem mieliśmy pomysł, by wsiąść na rowery i dojechać z Herzogenaurach aż do Wiednia. Całe 650 km.

Wreszcie we wrześniu 2019, gdy pogoda wciąż sprzyjała i wszelkie moje zawody zakonczyły się i nasze kalendarze przestały być napakowane, zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę rowerową.

I, tak oto, spotkaliśmy się czwartkowego popołudnia na rondzie w Herzo zamiarem, by do niedzieli pokonać całą trasę. Plan był prosty. W czwartek dojechać jak najdalej za Norymbergę. W piątek planowaliśmy dotrzeć do Passau (na granicy z Austrią). W sobotę zaplanowaliśmy wczesny start i cisnąć do oporu, aż znajdziemy się w Wiedniu. Pomysł prosty, ale rzeczywistość okazała się inna.


Dzień 1 (80 km, Herzo - Neumarkt in der Oberpfalz)

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów upłynęło szybko. Trasa płaska, częściowo żwirowa, wzdłuż Dunaju. Po przejechaniu Norymbergi, przemknęliśmy przyjemnie przez piękne lasy. Problemy zaczęły się po zmierzchu, gdy okazało się, że moja przednia lampka postanowiła nie działać. Tak więc w niemalże kompletnej ciemności, kierując się światłem Arkowej, dotarliśmy do małego, urokliwego Neumarkt, gdzie na kolację wciągnęliśmy burgery, które zapiliśmy Zindorferem. Nocleg mieliśmy zabukowany w klasztorze, co wywarło wrażenie, szczególnie o szóstej rano, gdy wszystkie dzwony zaczęły bić na całość, tzn., na dzień dobry.


Dzień 2 (200 km, Neumarkt in der Oberpfalz - Passau)

Rano, po wczesnej pobudce i śniadaniu, humory były średnie, no ale nie było czasu na rozmyślanie,  bo droga do Passau daleką była.

Zaraz po starcie - góra za górą.

A nie miało być płasko? Pierwsze 2 godziny po górach trochę nam dało w kość, no ale potem zrobiło się płasko jak stół. No, może poza tym momentem, gdy chcąc pojechać na skróty, krążyliśmy przez pół godziny po polach, no i oczywiście złapałem flaka. Po nieudanym skrócie Arek przejął nawigację, i już nie błądziliśmy. Naszym zbawicielem ku Wiedniowi zdawała się być sieć sklepów Netto, przy których kilkukrotnie się zatrzymaliśmy.

Pobieżna weryfikacja mapy tuż po przyjeździe do Passau potwierdziła, że od hotelu dzieliły nas raptem 3 km cały czas prosto, lecz pod mocno stromą górę. Chcieliśmy w pewnym momencie zsiąść i iść pieszo, no ale nie wypadało. Na górze w hotelu czekały dziewczyny, piwo i jedzenie.




Dzień 3 (324 km, Passau - Wiedeń)

W sobotę rano zaaplikowaliśmy sobie wczesną pobudkę i start o 7:00. Trasa była płaska, więc jedziemy i o mało co nie zasypiamy. W pewnym momencie trasa wiedzie prosto przez rzekę. No, ale to nie możliwe byśmy mieli przejechać rzekę, więc jedziemy dalej ale dalej jest ślepy koniec. Cofamy się więc do brzegu rzeki, gdzie napotykamy staruszka z łódką, który przewozi nas za 4 euro.

Dalszą część trasy staram się raczej wymazać z pamięci. Choć widoki pomiędzy Melk a Krym były chyba najpiękniejsze ale cały czas mieliśmy pod wiatr i pot zalewał oczy. Ja koncentrowałem się jedynie na tym, co przed moim przednim kołem, a Arek - na moim tylnim, co raz pokrzykując: „Za 10 km w lewo, a potem 5 km prosto…” czy też: „Siodełko chyba już zespoiło mi się z d***”.

Ale jakoś pokonaliśmy 324 km i o 22:30, po 13 godzinach pedałowania, przeprawiwszy się przez 2 autostrady, płot i trawnik, zjawiliśmy się w naszej kwaterze w Wiedniu. Sił na jedzenie nie mieliśmy, ale, na szczęście, piwo z wielką przyjemnością wypiliśmy.

Melk


Michał: 
Ogolnie wrażenia niesamowite i zadowolenie jest.
Czy bym zrobił to jeszcze raz?  Na pewno nie w dwa i pół dnia.

Arek:
Piękne widoki, dobrze przygotowana trasa od Regensburga trasa dobrze przygotowana dla każdego rodzaju roweru. 150 km przed Wiedniem zaczynają się winiarnie, które w przyszłości warto by odwiedzić.
Fajne doświadczenie, ale ze względu na wietrzną pogodę, lepiej byłoby zmierzyć się z tą trasą w sezonie.

Niedzielę spędziliśmy powolnie, zwiedzając Wiedeń i robiąc pit stopy na kawę.
Klasztor w Melku (z którego pochodzi jeden z głównych bohaterów powieści Umberto Eco pt.: Imię róży)
Wiedeński Hofburg
Wiedeński Hofburg
Katedra Św. Stefana we Wiedniu (St. Stephen's Cathedral)

Monday, 2 September 2019

Chamonix - 2019/08

Magia Chamonix sprawiła, że zameldowaliśmy się po francuskiej stronie masywu Mont Blanc. Tradycyjnie już, zakwaterowaniem zajęła się Słonisia, i udało się tak jak zwykle, czyli świetnie. Zatrzymaliśmy się w sympatycznym apartamencie przy Avenue de l'Aiguille du Midi, ok. 1 km od mety głównej biegów tygodnia UTMB.

Tegoroczny pobyt nie różnił się tym, że Marysia ponownie pobiegła w biegu dziecięcym w swojej kategorii wiekowej, a Słonisia dążyła ku logistycznej perfekcji pobytu. Różnił się od poprzednich tym, że Słonik był raptem kibicem, a Umicha zjawiła się celem uczestnictwa w OCC. Różnił się też miejscami, które odwiedziliśmy, i które przypadły nam do gustu uświadamiając, że poznanie szlaków i tras wokół Chamonix, to zadanie na lata.

Rozpoczęliśmy tradycyjnie – wyjściem w góry. marysianawalizkach.blogspot.com donosi:
Ciekawe było to podejście. Stromizny, momentami bardzo wąskie, niebezpieczne ścieżki, łańcuchy, trochę na czworaka, ale doszliśmy. Bezchmurne niebo, leżaki, piękne widoki, no i oczekujące Słonika i Umichę Słonisia i Marysia.
Zdobywając Brevent, troszkę się Słonik z Umichą zgubiły, ale to tradycja tego niepowtarzalnego teamu. Widoki były niesamowite, a za współwspinaczy miał ów dzielny team osoby ze wszystkich stron świata.

Zbieg do Chamonix (1500 m w pionie poniżej) zajął niecałą godzinę. Jakoś sprawnie to poszło, a popołudnie minęło sympatycznie.
Najbardziej wzruszającym wydarzeniem dnia i całotygodniowego pobytu był finisz MCC (biegu, co to sponiewierał Umichę rok wcześniej). Trzy grupy pokonały dystans 40 km niosąc trzy osoby ze stwardnieniem rozsianym w ich wózkach. Łzy wzruszenia (ich własne i obserwujących) na mecie, były egzemplifikacją ducha olimpizmu, pokonania własnych słabości i ograniczeń.
Dzień #2 też był tradycyjny: poszliśmy w góry, by tym razem pokonać kolejny raz końcówkę trasy UTMB. Słonisia i Marysia pokonały większą część podejścia i zawróciły ku wypchanym zwierzakom, a Słonik i Umicha poszły dalej, by zboczyć ku stawom po prawej stronie szlaku, by się ostatecznie zgubić. Jakąś godzinkę później, team stał się ponownie jednością i zbiegł z La Flegere do Chamonix, zatrzymując się na napój gazowany w Chalet de la Floria.


Dzień trzeci rozpoczął się tradycyjnie w sensie, że ruszyliśmy eksplorować. W kontekście Chamonix, nietradycyjnym był fakt, że najpierw odwiedziliśmy rodzinę w Les Houches, która zajmuje się hodowlą bernardynów krótkowłosych, których populacja w skali świata waha się w okolicy 100.

Dojmującym doznaniem była opowieść o jednej ze starszych psic zmagającej się z rakiem. Kilka dni wcześniej wydawało się, że weterynarz uśpi ją, ale organizm powalczył. Kryjąca się w tej nietypowej biografii nieuniknioność była… dojmująca.

Nieuniknioność przemijania odczuliśmy w Gorges de la Diosaz. Profesora fizyki i pasjonata termodynamiki Achille Cazina poraziło piękno wąwozu Diosaz w 1871 r. do tego stopnia, że postanowił założyć firmę, która udostępni, a jednocześnie zadba o zachowanie jego niepowtarzalnego piękna. Zamysł kontynuowany jest do dnia dzisiejszego. Sam Achille Cazin, będąc w 45. wiośnie życia, zmarł w 1877 r.

Inuksuk - maskotka zimowej olimpiady w Vancouver w 2010 roku
Dzień czwarty był w swym przebiegu (oczywiście w kryteriach pobytu w Chamonix) dość typowy. Odebraliśmy pakiet Umichy (nietypowo, bo w poprzednich latach odbierali Słonik i Marysia) przed jej 57-kilometrowym OCC dnia następnego, a następnie przemieściliśmy się ku błoniom Chamonix, gdzie miały odbyć się biegi dzieci. Marysia, nie nowicjuszka, a do tego wspierana na podbiegach przez Słonika i Umichę, pokonała trasę żwawo, zostawiając za swymi plecami o wiele więcej konkurentek i wielu więcej konkurentów niż w A.D. 2018. Potem nadszedł moment na tradycyjne macarones (i nie chodzi tu o makaron)…

Dzień piąty zorientowany był na Umichowe OCC. Gdy wyszła ona wreszcie z toytoya, wszyscy uczestnicy zgrupowani stali przed linią startu na nieszerokiej uliczce szwajcarskiego Orsières. Cóż, szybkiego startu być nie mogło. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać na możliwość, by na wąskiej ścieżce móc przesunąć się do przodu. I tak po 10 godzinach i 5 minutach, wyprzedziwszy niemalże 1000 , Umicha pojawiła się na mecie. Zajechania nie zanotowano, a wdzięczność dla Marysi i Słonisk za całodniowy doping była… (w pozytywnym sensie) dojmująca. Gdy fanklub udał się na projekcje filmowe organizowane w ramach tygodnia UTMB, Umicha posiedziała w wannie bitą godzinkę, celem regeneracji i dowodnienia.

Wieczorem, wespół weczwór oglądaliśmy jeszcze uczestników OCC na ich ostatnich metrach, obdarzając refleksją i szacunkiem ich znój.

Dzień szósty był eksploracją okolic Chamonix. Z Le Buet przeszliśmy urokliwym szlakiem do ustronnego Pierre a Berard Refuge. To, że złapał Słonisię i Marysię w drodze powrotnej deszcz, nie zniechęcił Słonika i Umichę, by czekając w sympatycznej kafejce przy parkingu, nie uzupełnili oni utraconych elektrolitów.

Potem były bobsleje i dopingowanie biegaczy kończących CCC, czyli Słoniowy wyczyn sprzed roku i trzech. No i  jeszcze, tradycyjnie już, sery na kolację, a potem (tradycyjne) salwowanie się ucieczką z restauracji, by zdążyć do apartamentu nim rozpocznie się burza. W owej to chwili, (niewy)tłumaczalnie, przypomniał się ów refleksyjny Słonikowy uśmiech A.D. 2016…