Friday, 25 July 2014

Grand Canyon - 2014/07

Dzień 7

Według zapowiedzi Slonisi, trzęsienia ziemi miało nie być, a napięcie nie rosnąć. Życie pisze jednak różne scenariusze.
Na śniadanie była sterta gofrów z truskawkami, a tuż po, pojechaliśmy do Grand Canyon National Park. Nadmienić należy, że wyjechaliśmy z Flagstaff Route 66, którą to Umicha od kilkunastu godzin fragmentarycznie znała. 

Pokonanie prawie 80 mil przebiegło sprawnie. Słonik wyprzedzał na ciągłej, szedł na czołówkę i jechał o 20 mil na godzinę za szybko, licząc na spotkanie pierwszego stopnia z przystojnym funkcjonariuszem w wywoskowanym radiowozie. Tak naprawdę, trasa była malownicza, miejscami wiodła na wysokościach nad poziomem morza równym Rysom i minęła szybko. Amerykański rock płynął głośników, Slonisia i Słonik prowadzili intelektualne dysputy, a Umicha na tylnym siedzeniu smażyła bloga.

Nim wjechaliśmy na teren parku, stanęliśmy na lądowisku dla helikopterów w Tusayan, co zaowocowało tym, że Umicha o godzinie 16.30 miała znaleźć się na pokładzie jednego z wiertolotów firmy Maverick, oferującej przeloty nad kanionem.

Zaparkowawszy w Grand Canyon National Park, nasmarowani olejkami przeciwsłonecznymi ruszyliśmy na podbój Wielkiego Kanionu. Zgodnie z sugestią tablic informacyjnych, zaczęliśmy od Mather Point, aby podążyć Południową Krawędzią (South Rim) kanionu ku Grand Canyon Village. Można użyć wielu przymiotników, ale WIELKI oddaje wrażenie, jakie wywiera ów masyw skalny.


Grand Canyon Colorado znajduje się w obszarze Grand Canyon National Park utworzonego ustawą Kongresu w 1919 roku. Wielki Kanion ma prawie 450 km długości, osiąga głębokość do 1600 m, a jego szerokość waha się od 800 m do 29 km. W opinii geologów może być on efektem niszczącej siły rzeki Kolorado drążącej skałę od milionów lat. Z poziomu South Rim, wygląda ona niczym wijąca się jasnobrązowa wstążka, ale w istocie ma ponad 100 metrów szerokości i nie płynie tak leniwie, jak wydaje się to z oddali.
Z racji wybrania nieznacznie dłuższej trasy, do samochodu wsiedliśmy o 15.57, co nie dawało nam żadnych szans, ażeby stawić się na lądowisku dla helikopterów o 16.00. Dzięki kaskaderskim wyczynom za kółkiem nie kogo innego jak Słonisi, spóźniliśmy się na tyle umiejętnie, że uzbrojona w aparat fotograficzny Umicha wraz z pilotem i pięcioma innymi osobami wsiadła na pokład, a wrażenia po 50-minutowym locie celnie określa przymiotnik GRAND. 
Po kilku minutach lotu nad lasem, w słuchawkach miast głosu pilota pojawiła się muzyka, której punkt kulminacyjny zbiegł się z przekroczeniem Południowej Krawędzi i zawiśnięciem nad ogromem kanionu. Było to jednak pozorne, gdyż lecieliśmy z prędkością 120 węzłów, czyli prawie 200 km/godz. Rzeka Kolorado pozornie tylko leniła się, a my znajdowaliśmy się u szczytu ścian skalnych o wysokości czterech Empire State Building. Grand and spectacular!!! Twarze współpasażerów potwierdzały odczucia Umichy, a ciekawy komentarz pilota i jego pasja latania jedynie je wzmagały.

Po wylądowaniu helikoptera, na złamanie karku popędziliśmy do oddalonego o kilka minut National Geographic Visitor Center, aby obejrzeć w IMAX-ie film ilustrujący eksplorację Wielkiego Kanionu. Ważną zmianą wpływającą na nasze widzenie świata był ranczerski kapelusz na głowie Słonika, pod którego rondem (‘rim’ po angielsku) czaiły się schowane za okularami przeciwsłonecznymi oczy, co nadawało jego twarzy tajemniczego wyrazu. Wszystko mogło tam się kryć, gdyż, jak wiadomo, życie pisze najdziwniejsze scenariusze...

Dzień 8

Pomimo, że poprzedniego wieczora nie wszedł Słonik do bulgocącej wody dżakuzi odziany w kapelusz i okulary przeciwsłoneczne, to już od samego poranka zdobiły one jego oblicze, potęgując wrażenie, że zdarzyć może się właściwie wszystko. A w planach było trzęsienie ziemi pt.: ‘Eksploracja Wielkiego Kanionu jak na filmie w IMAX-ie’.

Nasmarowani grubą warstwą kremów przeciwsłonecznych o wysokim filtrze, odziani w kapelusze, uzbrojeni w aparaty, zaopatrzeni w wodę i M&M’sy, podzieliliśmy się na dwa zespoły. Zespół pierwszy w składzie Słonisia miał zbadać South Rim od Grand Canyon Village aż do Hermit Basin, czyli w wolnym tłumaczeniu Ostoi Pustelnika, a zespół drugi w składzie Słonik i Umicha mieli wgryźć się w kanion, schodząc do Plateau Point.

Pokonanie stosunkowo płaskich 15 km Hermit Trail (Pustelniczego Szlaku) poszło zespołowi pierwszemu jak z płatka.  

- Na końcu szlaku znajduje się oryginalnie kamienny zajazd z ogromnym kominem, w którym znajduje się obecnie sklep z pamiątkami i kawiarnia – skomentowała Słonisia wrażenia dnia poprzedniego sunąc Interstate 89 przez tereny należące do plemienia Navajo.

Zespół drugi miał nieco trudniejsze zadanie. Kierownik zespołu w osobie Słonika za cel wyznaczył znajdujący się na końcu Bright Angel Trail (Szlaku Jasnego/Inteligentnego Anioła) Plateau Point – punkt widokowy na rzekę Kolorado na widniejącym w dole płaskowyżu.

Trudność zadania wyznaczały dwa czynniki: po pierwsze, że było odwrotnie, czyli najpierw zejście, a potem wejście; po drugie - wysoka temperatura. Punkt wyjścia Trailhead znajduje się na wysokości 6840 stóp, czyli 2025 m.n.p.m., a cel naszej wyprawy Plateau Point na wysokości 3740 stóp (1024 m.n.p.m.).


























Zejście było bardzo malownicze, a prowadziło w dół kanionu dość szeroką ścieżką.



Na początku Słonik i Umicha minęli wiele osób podążających obu kierunkach. Ci idący w dół byli mniej zmęczeni od tych wracających, a usłyszeć można było wiele języków: angielski oczywiście, francuski, niemiecki, holenderski, rosyjski, języki skandynawskie. Ilość mijanych osób malała drastycznie wprost proporcjonalnie do odległości dzielącej zespół drugi od Plateau Point.
W Indian Garden, oazie u stóp ścian skalnych ze szczytu których prowadził szlak, temperatura w cieniu sięgała 108 stopni Fahrenheita, a w słońcu - 120 ̊ F (50 ̊ C).
Półtora mili dzielące od Plateau Point trzeba było pokonać płaskowyżem w odkrytym terenie, ale krajobraz rozpościerający się z punktu widokowego był tego warty. Leniwy nurt Kolorado miejscami stawał się bardzo wartki, a na wstążce rzeki pojawiały się głębokie zmarszczki. Po zrobieniu kilku sweet foci, pozostało jeszcze wrócić. Znudzony marszem Słonik truchtał, by od czasu do czasu przystanąć w celu uwiecznienia krajobrazu.

Według informacji udzielanych przez Grand Canyon National Park na pokonanie Bright Angel Trail potrzeba od 8 do 12 godzin. Zespołowi drugiemu potrzebne było nieco ponad 5 godzin, a czas netto Słonika, czyli przebierania raciczkami wyniósł 3 godziny i 47 minut.

Kończąc wizytę w parku narodowym w ramach spotkań pierwszego stopnia z kulturą amerykańską oba zespoły udały się do jednej z fastfoodziarni o nazwie Wendy’s. Miejsce było przygnębiające, a kolejka ludzi czekających na swoje zestawy liczyła kilkanaście osób, co wydłużyło czas czekania do ponad 20 minut. Słonik swój zestaw ocenił na 4 w skali do 5. Umicha wzięła po gryzie z każdego zestawu i stwierdziła, że nie ma zamiaru się podtruwać. Słonik przeprowadził w międzyczasie konwersację z prawdziwym Amerykaninem. Zagadnięty o miejsce pochodzenia, dzielnie odpowiedział:
- Poland.
- Nigdy nie byłem w Europie. Chyba czułbym się tam jak ryba na pustyni. Zresztą mamy u siebie w USA tyle wspaniałych miejsc. A macie w Polsce Wendy’s?
- Nie. Mamy tylko McDonaldy.
- A to szkoda...

Really?

Camp Verde - Montezuma Castle - Jerome - Sedona - Flagstaff - 2014/07

Dzień 6 

Noc spędziliśmy w Camp Verde, w przyjemnym hotelu z przylegającymi doń basenem i dżakuzi. Temperatura w nocy spadła o kilkanaście stopni, a Słonik i Umicha siedzili w bulgocącej wodzie, patrzyli na gwiazdy, słuchali szumu powiewającego nad ich głowami gwiaździstego sztandaru i przejeżdzających by zniknąć w oddali ciężarówek, próbowali zliczyć widoczne neony fastfoodowych restauracji, prowadząc jednocześnie wysoce wysublimowaną intelektualnie rozmowę, której tematem było to, czy na stacji cepeenowej za parkingiem można kupić bąbelki. Otóż można było, a nazywały się one z hiszpańska Sierra Nevada. Cofnijmy się jednak do dnia poprzedniego na granicę między Kalifornią i Arizoną.
Z pełnymi kubkami kawy wsiedliśmy do samochodu w tak bezchmurne popołudnie, w jakie miejscowi smażą jajka bezpośrednio na asfalcie czy też maskach samochodów. Po wizycie w McDonald's w Blythe już nic nie jest takie samo. Słonik upaćkał spodenki i ma plamę. Najpierw była mokra po próbach zmycia, a teraz jest już tylko tłusta.
Słonisia nie zdążyła się dobrze rozpędzić i ustawić tempometr na 80 mil na godzinę, a już minęliśmy granicę i wjechaliśmy do Arizony zwanej Grand Canyon State – Stanem Wielkiego Kanionu. Po lewej i prawej stronie z wyschniętej gleby wyrastały niewysokie krzaki i drzewka, a kaktusy były niczym na pocztówce z Meksyku.
Nie to jednak intryguje czytelników tego travel bloga. Intryguje o wiele bardziej prędkość, z którą Słonisia mknęła drogą międzystanową nr 10. Otóż nie jest to trudne do precyzyjnego zdefiniowania wiedząc, że 1 mila = 1,609 km.

Mkneliśmy, z radia płynęła meksykańska muzyka, rozmowa w samochodzie toczyła się wartko, a temperatura tymczasem spadła do 106 Fahrenheitów. Jechaliśmy równiną, po której obu stronach ciągnęły się pasma górskie. Symetria ukształtowania terenu i centralnego względem równiny położenia drogi międzystanowej sprawiały, że batmobil łakomie połykał kilometry niczym nietoperz insekty.

Poranek w Camp Verde przywitał nas 104 Fahrenheitami. Z racji tego, że Słonik znalazł biegówki w San Diego, mógł pójść pobiegać. Przemierzenie 10 kilometrów zajęło mu 42 i pół minuty, co fizyk skwitowałby stwierdzeniem, że osiągnął średnią prędkość minimalnie przekraczającą 14 km/godz. Następną czynnością były dżerksy między basenem a bulgoczącą wodą pod niebieskim bezchmurnym niebem w rytm przejeżdżających ciężarówek w cieniu powiewającej flagi.
Zdarzenia przedpołudnia podam teraz w telegraficznym skrócie: 
gofry i kawa. stop. wymeldowaliśmy się z hotelu. stop. informacja turystyczna w camp verde. stop. miła starsza pani o korzeniach jugosłowiańskich. stop. wystawa dotycząca historii camp verde. stop

Z Camp Verde pojechaliśmy do oddalonego o kilkanaście minut jazdy Montezuma Castle (Zamku Montezumy). Jest on pueblem w zagłębieniu skalnym, do którego wspinano się po drabinach. Choć nazwa 'zamku' pochodzi od króla Azteków, nie miał on nic do czynienia z tym obszarem. W XIX wieku legendy o Inkach, Aztekach i innych plemionach były bardzo popularne, a biali bardzo często generalizowali i sprowadzali wszystko do tegoż to wspólnego mianownika. Z kolei powód porzucenia pueblo przez Indian 600 lat temu leży w sferze domysłów. Konflikt? Przekonania religijne? Niedobór żywności? Brak wody?
Z Montezuma Castle wróciliśmy do Camp Verde, a zatankowawszy, ruszyliśmy do położonego w górach malowniczego miasteczka Jerome, będącego dziś domem wielu artystów, a kiedyś siedzibą kopalni miedzi. Usytuowanie Jerome na stromym stoku sprawia wrażenie, jakby miało ono ‘zjechać’ w przepaść, co zresztą zdarzyło się w przeszłości.

Po krótkim spacerze i wizycie w sklepikach i minigaleriach, pojechaliśmy do Sedony, pięknego miasteczka położonego pomiędzy monumentalnymi czerwonymi skałami zwanymi Red Rocks. Nim jednak skoczyliśmy na rogala i krosanta, wypiliśmy smaczną kawę w Java Love Cafe, bardzo sympatycznej i gustownie urządzonej kafejce, którą Słonik odkrył nim jeszcze Lonely Planet zareklamowało ją milionom turystów na całym świecie. Konkluzja: Lonely Planet powinno poważnie zastanowić się nad zatrudnieniem Słonika.:)
Jak już w poprzednim akapicie się rzekło, po kawie musi być rogal. Sedona jest miasteczkiem pięknie wkomponowanym w otoczenie. Domy stanowią część, a nie wyróżnik krajobrazu. Pomalowane są w kolory współgrające z czerwienią skał i gleby oraz brązem, zielenią i szarością roślinności. 
A propos roślinności, rogal zaowocował zakupem mokasynów damskich w sklepie kowbojskim. Mokasynów damskich w sklepie kowbojskim!!! Gdy trafiły one do bagażnika, Słonik uruchomił silnik i ruszyliśmy w drogę, która wiodła jedną z najbardziej malowniczych tras w USA ku Flagstaff, miejscowości położonej przy legendarnej Route 66 (wciąż niewyjaśniony jest brak trzeciej szóstki). Trasa istotnie była malownicza.


W ramach obcowania z kulturą masową Stanów Zjednoczonych zrobiliśmy sobie zdjęcie przed reprezentantem największej sieci supermarketów w USA, a następnie do tego imperium półek sklepowych, zeby zrobić zakupy.
Walmart oskarżany jest o zabijanie konkurencji zaniżaniem cen sprzedaży poniżej kosztów produkcji, zatrudnianie nieletnich, dyskryminację rasową, jak również wypłacanie pensji balansująch na granicy najniższej krajowej, co krytycy zestwiają z idącymi w miliardy dolarów obrotami oraz zyskiem rodziny Waltonów, będącej właścicielami sieci. Porównując Walmart we Flagstaff z supermarketem Ralph’s w pobliżu naszego hotelu w San Diego, ten pierwszy oferował znacznie szerszy asortyment towarów. W San Diego u wejścia przywitała nas dobrze zaopatrzona sekcja z żywnością ekologiczną, we Flagstaff – pełne półki taniego białego pieczywa tostowego i nafaszerowanych chemią buł do hamburgerów. 
Dzień skończył się tak jak zaczął, ale inaczej. Umicha poszła pobiegać w poszukiwaniu Route 66 i dnia następnego dowiedziała się, że po niej biegała przeżywszy noc całą w przekonaniu, że truchtała po Highway 89. Tak jak Słonik rano rozwinął średnią prędkość przekraczającą 14 km/godz, tak Umicha zaczęła trucht o godzinie 20.00, by wrócić o 21.21 i zastać Słonika w bulgocącej wodzie niedaleko okien naszego apartamentu. I tak jak poprzedniej nocy, weszła do tej bulgocącej wody. Tematy rozmowy różniły się od tych z popredniej nocy, gwiazdy nie świeciły światłem odbitym aż tak wyraziście, a gwiaździsty sztandar powiewał ale nie bezpośrednio nad ich głowami. Funkcję feerii fajerwerków przejęły zawijańce ala mexicano przygotowane przez Słonie Sp. ZOO...

Monday, 21 July 2014

Joshua Tree National Park - 2014/07

Dzień 5

Niedziela zaczęła się dość wczesnym rankiem od sprawnej ewakuacji z naszego hotelu w San Diego, gdyż 160 mil na północny-wschód od miasta znajduje się Park Narodowy Joshua Tree, który dżi-pi-es pod nadzorem Słonika obrał za cel, a samochód pod kierownictwem Słonisi pomknął tam niczym strzała z łuku Indianina z plemienia Navajo.

Słońce szybko wychynęło zza chmur, a to, że w Kalifornii zawsze świeci słońce znów było prawdą. Temperatura z siedemdziesięciu kilku stopni Fahrenheita wzrosła o ponad 30 stopni. Otóż to: jak należy rozumieć 100 stopni Fahrenheita? Przelicznik nie jest skomplikowany, a wzór wygląda następująco: F – 32 (5/9) = C. W naszym przypadku wygląda to następująco: 100 F – 32 = 68 x 5/9 = 38,8 C.

Joshua Tree National Park uzyskał światowy rozgłos w drugiej połowie lat 80-ych XX wieku dzięki płycie U2. We wkładce rzeczonej płyty widnieje drzewo Jozuego, zwanym też jukką krótkolistną, a płyta nosi tytuł rzeczonego drzewa.


Po krótkim postoju w Yucca Valley na kawę i kremy przeciwsłoneczne, nabycie biletów wstępu do wszystkich parków narodowych w całych Stanach Zjednoczonych i obejrzenie krótkiego filmu o Joshua Tree National Park, wjechaliśmy do parku przez West Entrance Station (Stacja Wjazdowa Zachodnia).



Park narodowy położony jest na terenie pustynnym. O tej porze roku, czyli w samym środku lata, wydawać się może, że jest tu zawsze gorąco i sucho, ale międy listopadem i majem temperatury są zdecydowanie niższe (czasem nawet minusowe), a w wyższych partiach gór czasami spada śnieg. Większa wilgotność i niższe temperatury sprawiają, że flora budzi się do życia, rzeki zaczynają płynąć, a drogi bywają podmywne. Wyschnięte na chwilę obecną krzaki i wypalone trawy kwitną i zielenią się, a ćmy zapylają drzewa Jozuego.


Pomimo tego, że to teren pustynny, flora i fauna jest tu bogata. Gatunki żyjące na tym obszarze miast walczyć z pustynią, nauczyły się na niej żyć. Przykładem niech będzie rzeczone wcześniej drzewo. Otóż układ korzeniowy Joshua tree stanowi gęsta sieć stosunkowo płytko pod ziemią usytuowanych wypustek, co ma na celu maksymalne wyssanie wilgoci z podłoża. Nie jest to jedyny sposób adoptowania się roślin do ekstremalnych warunków życia na pustyni. Rosną tu niewielkie krzaki, których korzenie wbijają się na 12 stóp (prawie 4 metry) wgłąb ziemi. Ażeby ‘przywłaszczyć’ sobie całą wilgoć, ich system korzeniowy wydziela związki chemiczne, które niczym środki chwastobójcze, nie pozwalają rosnąć innym roślinom. Są tu również inne gatunki w okresach większej wilgotności wypuszczające duże liście, które wysychając w lecie, stanowią ‘płaszcz’ ochronny dla łodygi, podnosząc szanse rośliny na przetrwanie.


Pomimo ekstremalnego klimatu, Joshua Tree National Park jest bardzo przyjemnym miejscem zza szyby klimatyzowanego auta. Nie ograniczyliśmy się jednak jedynie do przejechania przez, ale niewykle dzielnie przeszliśmy dwoma niedługimi wytyczonymi szlakami: pierwszym – po Hidden Valley (Ukrytej Dolinie), drugim – do Barker Dam (Tamy Barker), stanęliśmy na Keys View (punkcie widkowy Keys), by pokontemplować wspaniałą panoramę z królującą po drugiej stronie doliny górą San Jacinto, której szczyt sięga prawie 11 tysięcy stóp. Jak poradzić sobie z tym? Przelicznik jest prosty: 1 stopa = 30,54 cm = 12 cali.



Jedziemy ku Arizonie I-10 (Interstate 10 – droga międzystanowa nr 10), a temperatura dochodzi do 110 stopni Fahrennheita. Stanęliśmy w Blythe, ostatniej miejscowości przed granicą z Arizoną na meal w McDonaldzie. Kolejne z ekstremalnych doznań przed nami – nic już nigdy nie będzie takie samo...

Sunday, 20 July 2014

San Diego - 2014/07

Dzień 4 pt.: ‘Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć’ w reżyserii nieżyjącego już mistrza suspensu Alfreda Hitchcocka

Nic się przez noc nie zestarzeliśmy, a po kilkudziesięciominutowej serii ‘dżerksów’ na hotelowej siłowni poczuliśmy przypływ sił młodzieńczych.

Plan dnia nie był zbytnio skomplikowany, ale zdarzenia działy się niczym wyjęte z filmów Hitchcocka.

Pierwszym punktem kulminacyjnym był wypad do sklepu triatlonowego NYTRO w Encinitas, przyjemnym miasteczku oddalonym o kilkanaście mil od San Diego.
Napięcie rosło. Udaliśmy się malowniczą drogą wzdłuż oceanu do trochę oldschoolowego, ale edukacyjnie zdumiewająco ciekawego Birch Aquarium. Słonisia hipnotycznie wpatrywała się w smoki morskie, Umichę zahipnotyzowały meduzy, a wszystkich nas niemalże zszokował fakt, że męska część koników morskich odpowiedzialna jest za poród młodych.

Trzęsienia ziemi byliśmy świadkami w George’s At The Cove w La Jolla. To, co można zobaczyć na stronie internetowej restauracji zgadza się w jednej trzeciej. Otóż ów ekskluzywny entourage ma miejsce na najniższym piętrze. Nam przypadł stolik na piętrze najwyższym – trzecim, z widokiem na Pacyfik, co w swej prostocie było przyjemnym doznaniem. Umichy dziurawa koszulka i klapki wzdychały tęsknie do Olka, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego.
Przemaszerowawszy w skupieniu promenadą wzdłuż urwisk La Jolla’i  wsłuchani w porykiwania fok i delektujący się zapachem odchodów ptactwa wsiedliśmy do naszego batmobilu i udaliśmy się do centrum San Diego.
Słońce zachodziło, gdy zaparkowaliśmy przy Bilboa Park. Nie było to łatwe, gdyż odbywały się tam imprezy towarzyszące paradzie gejów. Minąwszy most zawieszony wysoko nad drogą szybkiego ruchu wpasowującą się  w bruzdę porośniętej drzewami doliny, znaleźliśmy się po drugiej stronie parku, który od 1870 roku objęty jest aktem prawnym stanowiącym, że te oto 1400 akrów ziemi mają na zawsze pozostać parkiem miejskim.
Słońce już zaszło, gdy szliśmy promenadą, po której obu stronach znajdowały się budynki w hiszpańskim stylu kolonialnym mieszczące w sobie kilkanaście muzeów. Niemalże piorunujące wrażenie zrobił na nas ogromny drewniany budynek ogrodu botanicznego, kryjący w sobie mnogość różnych gatunków roślin. Odkryliśmy również replikę teatru szekspirowskiego Globe, na deskach którego wystawiana była właśnie sztuka, a głosy aktorów słyszalne były zza jego murów.
Hiperkulminację wieczoru poprzedził ‘rogal’ do samego centrum San Diego w poszukiwaniu tajemniczego mostu, który okazał się raptem ogromną estakadą. Mistrz suspensu zaplanował najwidoczniej to tąpnięcie, aby doprowadzić nas do zacumowanego tam lotniskowca USS Midway, który brał udzial w wojnie w Wietnamie i operacji Pustynna Burza.
Na nabrzeżu znajdują się pomniki upamiętniające udział żołnierzy amerykańskich w różnych operacjach wojskowych w XX wieku, 14-krotnego gospodarza gali oskarowych aktora i komika Boba Hope’a dodającego otuchy US marines, oraz gabarytowo wielką rzeźbę inspirowaną słynnym pocałunkiem na nowojorskim Times Square.




















W tym momencie niebo rozjaśniła feeria fajerwerków...